Blog > Komentarze do wpisu

"Milczenie"

Po ostatnim filmie Mela Gibsona "Przełęcz Ocalonych" powiedziałam sobie, że długo na tzw. religijny film nie pójdę. 

Każdą historię, moim zdaniem, można bowiem opowiedzieć dobrze albo źle i sam temat nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem. Widziałam wiele religijnych knotów, a z drugiej strony filmów o nawet błahej tematyce, ale ciekawie opowiedzianych. Mel Gibson natomiast przekazał nam pewną historię (na pewno wartą opowiedzenia), ale zrobił to w mało wyszukany sposób, bo bazując głównie na religijnych emocjach odbiorcy, a to dla mnie nie jest kino najwyższych lotów, po prostu.

Dzisiejszy film natomiast Martina Scorsese "Milczenie" to przykład zupełnie innego, choć też "religijnego" kina.

Powiedziałabym, iż nie jest on z gatunku tych "czarno białych", to znaczy że nie zadaje łatwych pytań odpowiadając na nie w "jedynie poprawny sposób" Dla wielu odbiorców tego rodzaju kina może być to sporym zaskoczeniem, ale dla mnie stanowi o jego wartości. Żaden ważny problem nie ma bowiem łatwych rozwiązań, ale na pewno powinien zachęcić do uważniejszego na siebie spojrzenia.. 

XVII- wieczna Japonia z pewnością nie była łatwym terenem pracy dla Jezuitów, którzy przyłapani na krzewieniu chrześcijaństwa poddawani byli wraz ze swoimi naśladowcami brutalnym torturom i nieraz za nawracanie innych płacili swoim życiem.  

Pytanie zasadnicze jakie stawia misjonarzom (a także każdemu pewnie z nas) reżyser jest takie: czy w imię swoich przekonań wolno narażać na cierpienie i śmierć innych? Czy tego rzeczywiście chce od nas miłosierny chrześcijański Bóg? Sam Scorsese podsuwa nam odpowiedź, którą pewnie uważa na najlepszą. 

Czy rzeczywiście jednak Jezus chciałby żeby poddawani tzw. próbie deptali jego wizerunek? Tego nie wiem. Wiadomo przecież, że K-ł upatruje wielką wartość w ofierze męczenników. Patrząc jednak od strony samego człowieka czymś nieludzkim jest wymaganie od innych heroizmu i narażanie ich na takie męczarnie jakim chrześcijanie tam właśnie byli poddawani.

Mnie, przyznam się Wam od razu, nurtuje jeszcze inne problem. Zadaję sobie mianowicie pytanie: jaki cel mają wyprawy misjonarzy na dalekie kontynenty, gdzie panuje zupełnie inna kultura i związana z nią mocno religia. Wiem, że takie pytanie w ustach chrześcijanki  brzmi dziwnie, ale pewnie podpadnę jeszcze bardziej gdy stwierdzę, że najlepiej by było gdybyśmy nikomu nie próbowali narzucać swojej religii, bo jak wiemy z historii, iż z podejścia "moja religia jest jedynie prawdziwa" wynikały tylko spory i waśnie. Dla mnie ogromną wartością jest nasza religijna różnorodność. Dlaczego Japończycy nie mogą zostać u siebie buddystami, mieszkańcy Indii hinduistami, Arabowie Muzułmanami, a my Europejczycy chrześcijanami? Oczywiście, że nie każdy z nas- Europejczyków, musi być zaraz wyznawcą Jezusa, ale prawdą jest, że na każdym kontynencie większość mieszkańców wyznaje jedną religii i jest ona długą tradycją związana z jego kulturą i obyczajowością. Dlatego mnie jako chrześcijance zupełnie nie przeszkadza, że większość mieszkańców Azji jest innego niż moje wyznania, co więcej mam naprawdę duży szacunek dla tradycji buddyzmu, za jej min. filozofię "współczucia" dla każdego stworzenia. Tu zresztą wiedzę zbieżność z samym chrześcijaństwem i jego filozofią miłosierdzia.

Ta różnorodność religii na różnych kontynentach jest wręcz dla mnie dowodem na niesamowitą kreatywność Największego Stwórcy i jego cudną wyobraźnię. Dlaczego mnie chrześcijance modlącej się w kościele miałoby przeszkadzać, że moi bracia np. Żydzi modlą się w swoich świątyniach? Moim mistrzem jest Jezus, oni mogą swojego Boga nazywać inaczej, ale i tak jesteśmy dziećmi tego samego Boga.

Dlatego też przyznam się nie zawsze rozumiem ewangeliczna gorliwość moich  braci i sióstr w wierze i wydaje mi się, że za taką postawą może się kryć nawet zakamuflowana pycha. Oczywiście, że ewangelizacja nie oznacza jeszcze narzucania nikomu wiary siłą, ale kiedy słyszę załóżmy jako osoba innej wiary, że "tylko Jezus jest prawdą" to jak taką deklarację mogę odbierać? 

Wyobraźmy sobie, że to do nas Europejczyków przyjeżdżają np. hindusi i zaczynają nam na ulicach głosić,  że tylko Sziwa jest jedyną drogą do Boga. A czy możemy sobie wyobrazić, że ta- tak obca naszej kulturze religia zapuszcza u nas korzenie? Ja jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. 

Dlaczego więc mielibyśmy dziwić się Japończykom, którzy mają swoją zupełnie inną kulturę i inne wierzenia?

Muszę jedną rzecz jednak wyjaśnić: otóż mam wiele sympatii dla ludzi (księży i świeckich) pracujących na misjach przede wszystkich za ich ogromną trud na rzecz lokalnych społeczności. W takiej dalekiej np. Afryce , czy Azji to często właśnie misjonarze są tymi, którzy dbają by ludzie mieli większy dostęp do dobrodziejstw cywilizacji. Stąd pierwsze co robią to budują szkoły, przychodnie studnie, tworzą ludziom miejsca pracy, a  dopiero potem budują kościoły i inne miejsca kultu. Znam to z opowieści bliskich mi osób i dlatego ogromnie sobie pracę ludzi na misjach cenię. Czym innym jest jednak niesienie ludziom Jezusa tam gdzie jest religijna próżnia, a czym innym próba oderwania człowieka od religii, w której wzrastał. 

Dla mnie najpiękniejszą jednak postawą misjonarza jest ta reprezentowana przez  dziś bł.  Karola de Foucauld. B. ciekawa postać! Otóż ten młody arystokrata żyjący w XVIII- wiecznej Francji przeżywa radykalne nawrócenie i wyjeżdża jako już chrześcijanin na Saharę, gdzie żyje wśród koczowniczych plemion Tuaregów. Nie ewangelizuje słowem tylko życiem, tzn. gdy go zapytają "bracie Karolu dlaczego jesteś dla nas taki dobry?" dopiero wtedy odpowiada" Bo moim Panem jest Jezus i ja chcę go żyjąc wśród Was naśladować". Piękna i jakże prosta postawa! Taką ewangelizację rozumiem, a wszelkie formy"przeciągania na swoją stronę" uważam za wyraz niezrozumienia istoty wiary.

Oczywiście nie są to proste sprawy i nie twierdzę, że to ja mam całkowitą rację, ale tak po prostu na te kwestie patrzę. 

Dlatego też wracając na koniec do samego filmu i ja nie potępiam "upadłych księży", a ich apostazję nie traktowałabym jako wyparcia się wiary (bo chyba do końca tak nie było), ale nadanie jej nowego kształtu wpisanego się  w tradycję zamieszkiwanego kraju. Nie można być jednak całkowitym ignorantem przyjeżdżając do kraju o zupełnie innych korzeniach.

czwartek, 23 lutego 2017, taniatoja

Polecane wpisy

  • Już niedługo...

    Wczoraj jednak zamiast masażu był film "Za jakie grzechy dobry Boże". Polecona i naprawdę fajna komedia. Mimo, że po okropnym dniu w pracy poprawiła mi humor, w

  • Dobry start

    Miałam b. trudny tydzień i dlatego dziś na jego zakończenie poszłam sobie do kosmetyczki. Po ostatnich hybrydkach nadszedł czas na manicure Japoński:) Kocie ocz

  • Pokolenie animy i mangi

    Właśnie skończyłam czytać b. ciekawą książkę, więc dzielę się przemyśleniami "wokół tematu". "W poszukiwaniu istoty czasu" Ruth Ozeki, to książka z której możem

Komentarze
2017/02/23 23:44:50
Zbieg okoliczności sprawił, że i ja dziś obejrzałam "Milczenie".
-
2017/02/24 00:03:19
A u mnie, przez poszukiwanie rodzinnych korzeni, odnalazły się powiązania z misjonarzem pracującym wśród Eskimosów.. Film kiedyś obejrzę, pozdrawiam już weekendowo.
-
2017/02/24 11:52:52
Wiele trudnych kwestii poruszasz, Taniu...
dla mnie żadna "wmuszana religia", religią
Miłości nigdy nie będzie. Wiele razy zastanawiałam się też
czy Mieszko przyjął chrzest bo wierzył prawdziwie,
czy też zrobił to dlatego, że było to w interesie politycznym kraju...
Zapewne wiary nie można rozpatrywać instytucjonalnie, to wnętrze
każdego z nas... jesteśmy jak ziarno, które musi dojrzeć do plonu.
Teraz to chyba namieszałam.
Buziaki i udanego tygodnia, Taniu!:*
-
2017/02/24 13:59:19
I jak Ci się Eldko podobało?

Kasiu,
misjonarz pracujący wśród Eskimosów??! To dopiero gratka:) Szczerze podziwiam takich ludzi... i myślę sobie, ze fajnie mieć kogoś takiego w rodzinie:)
pozdrawiam!

Ne martw się Aniu, bo to ja pierwsza namieszałam;)
Faktycznie poruszyłam wiele trudnych sprawa i za dużo pewnie wątków naraz.
Nieraz po filmach, czy książkach tak mam, że dużo w "temacie" myśli zaczyna mi krążyć po głowie i potem może trochę beż ładu i składu przelewam je na "papier".
buziaki:))
-
2017/02/25 09:44:00
Taniu- i ja nie jestem zwolennikiem narzucania komuś religii, ani nie pochwalam tych co namolnym namawianiem, a wręcz ogniem i mieczem krzewią wiarę. Sacrum to indywidualna sprawa każdego, szczególnie w XXI wieku. Dobrze, jeśli się w cokolwiek wierzy... Pozdrawiam!
-
2017/02/25 20:52:12
Taniu!
To, co napisałaś, jest mi bardzo bliskie. Ja podobnie patrzę na "nawracanie pogan". Tak jak Ty, uważam, że nawracać można wyłącznie swoim własnym przykładem, a nie tylko i wyłącznie słowami. Myślę, że miałybyśmy o czym podyskutować, bo jestem osobą patrzącą bardzo krytycznie na różne sprawy, w tym na te związane z religią chrześcijańską. Czytam Ewangelię i potem patrzę i myślę. Pozdrawiam Cię.
-
2017/02/27 16:01:02
Jarku,
fakt- mnie np."namolnym namawianiem" można by tylko zrazić, a nie zachęcić.
pozdrawiam:))

Jesienna,
myślę, że po prostu nie można być arogantem i niejako "z góry" zakładać będąc w jakimś miejscu tylko gościem, że "moja racja jest jedyna i najlepsza", bo to jest jak wchodzenie z butami w czyjeś życie, po prostu.
-
2017/02/27 16:24:43
Jak to jednak z historią misji w Japonii było to ciekawa sprawa. Wczoraj czytałam atrykuł sugerujący zupełnie inną wersję niż odnośnie do nastawienia Japończyków do chrześcijaństwa. Ponoć po przybyciu tam w XVI w. Franciszka Ksawerego, a po nim innych misjonarzy z Hiszpanii i Portugalii tysiące ludzi przyjmowało chrzest, ale nie spodobało się to buddyjskim mnichom i kupcom z Holandii, którzy zaczęli tracić wpływy i wnieśli do możnowładców skargę na ich działanie. Podobno wśród nawróconych byli nawet szogunowie, a jeden z nich Takayama Ukon został teraz 7 lutego 2017 ogłoszony przez p. Franciszka błogosławionym! Podobno jako oficer Nobunagi nosił na szyi różniec, a na jego chorągwiach widniały chrześcijańskie symbole! Warto przeczytać tę historię, bo jest naprawdę niesamowita!