RSS
niedziela, 20 listopada 2016

 Patrząc na wystawiany w kościołach w dzisiejsze święto ( i w związku z wczorajszymi wydarzeniami w Łagiewnikach) obraz Chrystusa Króla zastanawiam się czy my wszyscy wierzymy aby w tą samą boską osobę. Przyznam się że ten Pantoktator z insygniami władzy kojarzy mi się bardziej z jakimś władcą absolutnym z tradycji bizantyńskiej.



 

A odnosząc się do wczorajszego aktu uznania Chrystusa za Pana i Króla przyznam się, że b.obawiam się tego tryumfalistycznego nurtu w Kościele, bo historia jasno pokazuje, że z łączenia królowania z władzą dla Kościoła (i nie tylko) wynikały same kłopoty. Jak widać historia lubi się powtarzać, bo niektórzy do dziś nie rozumieją na czym polegało królestwo założone przez Jezusa i jakim on był królem.

Na pewno nie był on władcą sprawującym swe rządy w stylu absolutnym (kimś odległym a jednocześnie surowym), ani też nawet zwykły królem ziemskim (przed taki pojmowaniem swej roli przestrzegał nawet swych uczniów). Wyraźnie mówi, że jego królestwo przekracza nasze rozumienie, bo nie jest przede wszystkim tylko rzeczywistością ziemską. 

Jeżeli mowa już o wyobrażeniach Jezusa, to dla mnie jasne jest, że  znacznie bliższy prawdy jest jego wizerunek znany jako Ecce Homo (Oto Człowiek) Br. A. Chmielowskiego.

 

 

Tak, może niektórym  to się nie podobać, ale nasz Pan jest właśnie taki- nieopływający w luksusy i wynoszący się ponad maluczkich, ale wręcz utożsamiający się z każdym człowiekiem, a zwłaszcza tym odrzuconym, chociażby z powodu swojego ubóstwa. 

Kto tego nie rozumie nie rozumie istoty Ewangelii.

A jak to się ma do pojmowania swej roli przez ludzi kościoła- czy władza to dla nich też przede wszystkim służba? Czy raczej nie są (przynajmniej niektórzy) naśladowcami Chrystusa z obrazu intronizacji odzianego w złoto i purpurę, do którego zwykły śmiertelnik nie miałby nawet śmiałości podejść? 

Takie to dość smutne refleksje snują mi się po głowie w związku z ostatnimi wydarzeniami.

                                                         

                                                                                  ***

A co poza tym słychać u Tani?

Jak widzicie ostatnio nie jestem tu częstym gościem, choć Was staram się odwiedzać i nawet komentować:)

No cóż,  przyznam się, że rzeczywistość tak mnie pochłania, że nie znajduję na zapiski tu ani specjalnie chęci ani czasu. Poza tym pewnie weny zwyczajnie, jak to się mówi brak. 

Przyznam się, że bardziej aktywna jestem na FB, gdzie udzielam się w zamkniętym grupie Twórczego Grona, która to droga wciąż przyprawia mnie o zdumienie i zachwyt.

To tyle, bo jutro mam hospitację i muszę jeszcze podszlifować scenariusz.

Serdecznie Was ściskam i do usłyszenia!

 

22:33, taniatoja
Link Komentarze (7) »
sobota, 29 października 2016

Powiedzieć, że czas płynie, a nawet leci, czy goni, to stanowczo za mało! Mam wrażenie, że czas ostatnio ubrał siedmiomilowe buty i wielkimi susami po prostu sadzi naprzód!

Tydzień temu zaledwie odwiedziłyśmy z młodszą siostrę w Tarnowie, a przy okazji spotkałyśmy się też z mieszkającą niedaleko rodziną. To były dopiero spotkania! Z kuzynami np., którzy rozjechali się po świecie widzieliśmy się po jakichś 30 latach! Bardzo fajnie nam się jednak rozmawiało i niezmiernie się cieszę odnowieniem tych rodzinnych kontaktów. 

Wracając zahaczyłyśmy jeszcze o Kraków, w którym też nie byłam chyba od 12 lat i przez trzy godziny przerwy w podróży napawałam się atmosferą tego miasta:)

Jednym słowem wycieczka była super!

Teraz znowuż też mogłoby  być fajnie, tyle że...no właśnie: Tania jak nigdy nie choruje, tak właśnie na długi weekend się rozłożyła:( Co prawda planów wyjazdowych żadnych nie miałam, ale plany wyjściowe a jakże! Na razie zrobiłam sobie spacer do apteki, coby dać odwet atakującym gardło wirusom. Przy okazji jednak wstąpiłam do swojego ulubionego sklepu i żeby sobie poprawić humor zrobiłam małe zakupy. Kupiłam sobie mianowicie: ponczo, jegginsy, spódniczkę (świetnie pasującą do ciepłych,żakardowych rajstop), rękawiczki...no to teraz  proszę Państwa mogę chorować:)) Jeszcze przydałby się cieplutki i milusi kocyk, ale tą przyjemność zostawię sobie na święta.

Zamiast iść wieczorem, jak planowałam na koncert, zadowolę się lekturą ze zwiniętą na kolanach kicią.

Ostatnio (w ramach omawianej na Drodzę Artysty zazdrości) przeczytałam "Zazdrośnice" E. E. Schmitta, a  na dziś mam nieco lżejszą lekturę: "Botanikę Duszy"bo E. Gilson

Do poniedziałku muszę wydobrzeć, bo mam zajęcia indywidualne i dyżur w szkolnej świetlicy. Poza tym wieczorem wybieram się na Hollywins III, a tej imprezy po prostu przegapić nie mogę. We Wszystkich Świętych natomiast  wiadomo: rodzinny spacer po cmentarzu, a potem spotykamy się na ciepłej herbatce:) 

To tyle wieści. 

Mąż i córka właśnie wpadli do domu (jeden pracuje po 12 g. :( a Mała całymi dniami bawi się w wolontariuszkę w ramach Olimpiady Teatralnej), więc trzeba podać upichconą już rano karkóweczkę. 

Potem zaaplikuję sobie zdajsie domowe kino, bo dawno już nic nie oglądałam. 

No to na koniec będzie muzycznie:) Dziś usłyszałam tą melodię w radiu i odtąd chodzi za mną: 



14:45, taniatoja
Link Komentarze (5) »
piątek, 14 października 2016

Znacie to afrykańskie przysłowie? Ja szczerze mówiąc poznałam wczoraj, kiedy to z okazji "dnia nauczyciela" otrzymałam od pani dyrektor  karteczkę z cytatką z papieża Franciszka. On to właśnie kiedy zapytano go, czym jest szkoła, stwierdził, że: "jest ona przede wszystkim miejscem spotkania. My wszyscy bowiem jesteśmy w drodze i potrzebujemy tej kultury spotkania, żeby się poznawać, żeby się pokochać, żeby iść razem. Szkoła jest pierwszą społecznością uzupełniającą rodziną i powinny one ze sobą współpracować a nie być sobie przeciwstawiane. Rodziny zaś dzieci z danej klasy mogą z kolei współpracować ze sobą i z nauczycielami. To przywodzi na myśl b. piękne afrykańskie przysłowie: Do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska". 

Jak Wam się to powiedzenie podoba? Przyznam się, że do mnie przemawia i to bardzo. Faktycznie jest bowiem tak, że nad wychowaniem, (żeby przyniosło ono właściwe rezultaty) wielu ludzi się musi natrudzić.

Więcej w temacie Święta Edukacji nic nie powiem za wyjątkiem tego iż dziś faktycznie świętuję, czyli mam wolne:)  Z tej okazji udało mi się już do południa pozałatwiać wiele ważnych spraw, na które normalnie pracując nie mam czasu. I dobrze:) Wczoraj natomiast zaraz po pracy poświętowałam sobie rozrywkowo oglądając w naszym "twórczym gronie" doskonały film z Jackiem Nickolsonem "Dwoje gniewnych ludzi". Przyznam się, że film ten wywołał we mnie mocne emocje, czym mogłam się podzielić podczas pofilmowej naszej dyskusji głównie dotyczącej złości właśnie. Fajne jest takie domowe i kino i mam nadzieję, ze stanie się ono dla nas pewną tradycją:)

A a propos "drogi artysty"...

Ostatnio pisząc "poranne strony" zwalniam jakby i nabieram większej świadomości tego, co jest we mnie: swoich emocji, przemyśleń, uczuć. Naprawdę dobrze robi taki początek dnia, bo człowiek wylawszy na papier to, co "mu w głowie siedzi" uwalnia się niejako od wiecznie błądzących myśli i bardziej świadomie może po prostu każdy dzień przeżyć. To naprawdę b. dobra, oczyszczająca i uwalniająca praktyka. 

Czasami z samego rana mam taki galop myśli ( co mam dziś  do zrobienia w domu, pracy itp itd), że nawet modląc się trudno mi było uciszyć umysł, choć b. się starałam. Teraz staram się z samego rana (choć nie zawsze mi to wychodzi) przelać ten strumień świadomości na 3 kartki papieru...i to naprawdę działa:)

Drugie odkrycie na tej drodze to obecność w moim życiu tzw. "siewców obłędu"(prawda, że fantastyczne określenie?)  i dochodzenie do stanu określanego słowem keriya, co oznacza "dojście do kresu", (pasuje mi tu niezbyt eleganckie słowo, ale tak- chodzi o fizyczne niemal doświadczenie-"wyrzyganie" obłędu- sytuacji, w które dajemy się dzięki nim uwikłać. 

Tyle może "szczegółów".

To, co się od wakacji w moim życiu dzieje w związku  z Drogą Artysty, ale i także przystąpieniem do wspólnoty "Michael" mogłabym nazwać nie inaczej jak  "wielkim przyśpieszeniem". Czuję się obiema drogami (synchronicznymi zresztą) wyraźnie pobłogosławiona (moja znajoma taoistka z FB użyła ostatnio odnośnie siebie takiego sformułowania, więc i ja nie będę się wstydzić;). To jest teraz mogłabym powiedzieć "całe moje życie", toczące się oczywiście tam, gdzie jestem: w domu, w pracy, na spotkaniach, czy tzw. randkach artystycznych.

Bardzo przeżywam głębię obu tych dróg i jestem szczerze wdzięczna P. Bogu, że mnie na nie wprowadził. Trudno nawet powiedzieć jak wiele korzystam czytając i idąc na wskazówkami Julii Cameron; to jest naprawdę  doświadczenia głębi i prawdy, które otwiera ci oczy na to, co tak naprawdę robisz ze swoim życiem. 

Każdemu w każdym razie polecam:) 

A teraz zainspirowana pięknym bukietem kwiatów jaki wczoraj otrzymałam od dziatek, biorę się za warsztat artystyczny:) Wieczorkiem  trzeba się będzie bowiem zająć  bardziej prozaicznymi sprawami w związku z jutrzejszym wyjazdem.

Dobrego Wam również- słonecznego  weekendu! :)

15:58, taniatoja
Link Komentarze (8) »
czwartek, 29 września 2016

Kochani, powiem szczerze:  jestem w szoku.

Czegoś takiego jak długo pracuję w szkole jeszcze nie widziałam. 

A o co chodzi?? Ano o szkolną biurokrację....ale od początku.

Rozpoczynając pracę w nowej placówce złożyłam chyba ze trzy wizyty w sekretariacie celem okazania wszystkich dokumentów  tudzież podpisania całego pliku szkolnej dokumentacji właśnie. Pierwszy raz, powiem szczerze zdarzyło mi się spotkać z taką, nazwijmy to (choć po dzisiejszej wizycie mam ochotę zupełnie inaczej to okreslić) skrupulatnością placówki. 

W dzień rozpoczęcia pracy stawiłam się w sekretariacie pół godziny wcześniej mając na względzie zakończenie dopełniania tychże formalności. I owszem, jak mi się wydawało, ostatecznie ich dopełniłam, ale po przeszło godzinie, z czego prawie 20 min..spędziłam na korytarzu w oczekiwaniu na "swoją kolej". 

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy wczoraj ponownie poproszono mnie o stawienie się w tym przybytki celem "uzupełnienia brakujących podpisów". Najpierw pomyślałam, że to pewni pomyłka, ale niestety okazało się, że nie bo jak mnie poinformowano chodzi o "inną dokumentację". 

No super:(  Ponieważ czas teraz mam obliczony dokładnie tak, coby tylko przejechać z pracy do pracy, zadzwoniłam wczoraj do sekretariatu, aby umówić się na kolejną audiencję i uniknąć czekania w ogonku. Grzecznie poinformowałam, że stawię się następnego dnia przed 11.00 i będę miała na owe "podpisywanie" zaledwie 15.min. coby się nie spóźnić do drugiego budynku na swoje godziny. W słuchawce usłyszałam oburzony głos pani sekretarki informujący mnie, iż muszę sobie zarezerwować przynajmniej godzinę, gdyż mam do podpisania 5 segregatorów dokumentacji szkolnej!"

Tak tak- nie przesłyszeliście się, ani ja się nie pomyliłam. Niestety:( 

No więc dziś udało mi się podpisać jedynie połowę z pierwszego segregatora. Oczywiście o czytaniu nawet nie wspomnę, bo musiałabym poświęcić na to przynajmniej tydzień (oczywiście poza godzinami pracy). "Na wynos" też zabrać nie można, więc praktyczne zapoznanie się z podpisywaną treścią odpada (po moich godzinach pracy sekretariat jest już zamknięty).

Typowe działanie "pro forma", coby w razie kontroli dyrektor mógł się pochwalić, iż zapoznał  nauczycieli z dokumentacją. Tylko "po co to komu i na co?", ja się pytam.

Ponieważ jednak jak długo pracuję z czymś  takim się nie spotkałam,  zachodzę w głowę, czy to tutejsza nadgorliwość, czy też jakaś odgórna jednak- nowa dyrektywa.  U nas wszyscy nowo przyjęci zostali tak potraktowani, a jak jest w innych placówkach- nie wiem.

Powiem Wam tylko, że szlag człowieka na taką biurokrację trafia i naprawdę zastanawiam się czy ktoś tu do reszty nie zdurniał. 


22:18, taniatoja
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 września 2016

 

Dziś mamy piękną słoneczną jesień:)

Pogoda wymarzona- po prostu przecudna i dlatego też po południu wybieram się do parku na rowerową wycieczkę. Z tej okazji dziś wcześniej  przygotowałam niedzielny obiadek, na który przychodzi do nas Starsza. Fajnie, bo nie widziałyśmy się cały tydzień, gdyż dziecię me zmieniło pracę (i tak jak zresztą mama) cały dzień jest poza domem. Niedługo jednak ta intensywna praca się skończy, bo za tydzień zaczyna się przecież kolejny rok akademicki. 

Mi pozostaną nadal (do cieszenia się swobodą) tylko weekendy, ale to dobrze, bo ostatnio w domu niespecjalnie się czuję. Ma to niejako  związek z warsztatami Zacznij Two-Żyć, w których uczestniczę. Niestety, ale na początku (książkowo zresztą) Drogi Artysty, ujawniły się we mnie pewne blokady, z którymi trzeba się zmierzyć. 

 Mam nadzieję jednak, że kiedy przebrnę przez niełatwe początki, mój "wewnętrzny artysta" ruszy po prostu z kopyta:)

 Wczoraj, a właściwie od piątku do sobotniego popołudnia trwała natomiast moja randka artystyczna, czyli warsztaty z tańcem:) Okazało się jednak, że były one prowadzone zupełnie w innym stylu, niż te w których poprzednio uczestniczyłam. Szkoda, ale przynajmniej jasno mi to pokazało w czym czuję się dobrze, a w czym nie. B. się cieszę też ze spotkania z panią choreograf  i prowadzącą z poprzednich właśnie zajęć, bo okazało się, że czujemy dokładnie to samo i na szczęście warsztaty, które będzie prowadziła w Domu Edyty Stein  będą miały cały czas taki sam charakter. Czyli, że będę mogła uczestniczyć w tym, w czym najlepiej się czuję i to dosłownie po sąsiedzku.

Wczoraj jeszcze i w zeszły weekend udało mi się uczestniczyć w spotkaniu z kulturą japońską i chińską. Ciekawe doświadczenie, choć i tu wyraźnie potwierdziłam sobie, że choć elementy tych tradycji są owszem ciekawe, to zupełnie nie podzielam panującej dziś mody na wszystko co wiąże się z tradycjami Dalekiego Wschodu. Może chodzi tu podobnie jak w latach sześćdziesiątych o fascynację tym co wydaje się pociągające przez swoją ekscentryczność w odróżnieniu od tego co nas otacza i wydaje się dobrze znanym banałem. 

Dla mnie są to jednak kulturowo zdecydowanie obce i odległe tradycje, mimo że odnajduję w nich elementy dla siebie wartościowe. 

Przyznam się, że i mnie nie ominęła jednak pokusa odrzucenia tego co swojskie i szukania w odległych tradycjach. To było w ogólniaku i jeszcze na początki studiów. Wówczas to na zasadzie kontestacji wartości proponowanych przez Kościół poszukiwałam jakiejś duchowości w technikach opartych na filozofii i religiach Dalekiego Wschodu właśnie. To, co tam (w tej dziedzinie) po kilku latach poszukiwań znalazłam   to  była jednak totalna pustka. Rozczarowanie było spore, ale na szczęście Opatrzność miała w tych doświadczeniach swój plan, bo to czego szukałam tak daleko znalazłam dosłownie "za miedzą":) Niestety należę do osób które nie uwierzą dopóki same nie spróbują i same się nie oparzą dlatego mam za sobą przeróżne,nazwijmy to oryginalne doświadczenia.

Nie jestem jednak osobą zamkniętą na to, co kulturowo nawet mi obce i dlatego cieszę się np. że córka miała okazję chociażby ostatnio spotkać się w ramach zajęć szkolnych z Dalaj Lamą- duchowym przywódcą Tybetańczyków:) Pewnie ciekawe dla dzieciaków doświadczenie. 

Sama w zeszłym roku współprowadziłam "Spotkanie z kulturą Japonii", na które koleżanka zaprosiła z tłumaczką rodowitego Japończyka (przedstawiciela tutejszej Toyoty;) Facet przygotował b. ciekawą multimedialną prelekcję, a nasze dzieciaki zaskoczyły gości swoim przebraniem, gdyż cała klasa wystąpiła w koszulkach przedstawiających japońską flagę

;0. Nie obyło się jednak bez pewnego zgrzytu, który przez Gościa mógł być odebrany jako foux pas z mojej strony. Po zakończonym spotkaniu mianowicie, wyciągnęłam najpierw dłoń na pożegnanie do pani tłumaczki. Ta jednak wyraźnie zmieszana przekierowała mnie do swojego kompana. Kultura japońska nakazuje bowiem wyświadczanie tejże grzeczności mężczyźnie najpierw właśnie. Mam na ten temat jednak swoje zdanie: uważam iż to ci, którzy przyjeżdżają do innego kraju powinni się niejako dostosować do tam właśnie obowiązującej etykiety. U nas, z tego co wiem nadal w dobrym tonie jest być szarmanckim przede wszystkim w stosunku do kobiet. Ja sobie ten zwyczaj  w każdym razie wciąż b. cenię i nie zamierzam w tej kwestii zmieniać z jakiegokolwiek powodu przyzwyczajeń.

Ale mi wyszła na koniec  manifa! :)

i tym to właśnie feministycznym akcentem pora kończyć i lecieć poświętować niedzielę;) 

Dobrego dnia Wam wszystkim!

 


 .....aaa zapomniałabym:   tu jeszcze choć jednak fotka z wspomnianego spotkania:)

13:09, taniatoja
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 września 2016

Dziś mama dziewczynki, którą mam na indywidualnym nauczaniu odwołała zajęcia, więc przed szkółką zrobiło mi się jeszcze trochę czasu. Wybrałam się więc pozałatwiąć sprawunki na rynek. Żeby się tam dostać wymyśliłam podjechać sobie busem. No i wsiadłam w jak się okazało "zaczarowany autobus", Którym na rozpoczynający się dziś  Festiwal Krasnoludków podążąły właśnie owe krasnoludki, czyli poprzebierane za skrzaty przedszkolaki:))

Chyba wszystkim pasażerom udzieliła się wesołość roześmianych szkrabów. Sama normalnie radość posłuchać rozmów takiego Jasia i Małgosi :)

Aż żal było wysiadać, ale na szczęście zaraz czekała na mnie kolejna niespodzianka.

Przechodząc  przez Ostrów Tumski, jeszcze o tej porze dnia niezatłoczony (tylko jedna wycieczka na tzw. Moście miłości!) napawałam się jak zawsze przechodząc widokiem pięknych nadodrzeańskich bulwarów, a tu jeszcze słyszę piękne granie: niesamowity gitarowo skrzypcowy duet spod pomnika Nepomucena:) Ależ pięknie się niosła ta anielska muzyka! Takie spotkania z pięknem potrafią zawsze uskrzydlić.

Dwa niepozorne zdarzenia o poranku i aż chce się żyć:)

Teraz jednak zmiana nastroju, bo dotknę kwestii, która jest b. smutna.

Chodzi o rzeczywistość szkolną dzieci, które z racji bycia pod opieką Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej powinny być pod szczególnym nadzorem placówki. Sprawa poniekąd mi bliska, bo już drugi raz zdarza mi się pracować właśnie z takimi dziećmi. Zacznę od tego, że moje pierwsze spotkanie z dziewczynką na indywidualnym nauczaniu zaczęło  się od wylania przez mamę żalów pod adresem szkoły, do której dziecko jest przypisane. Z przykrością muszę przyznać, że  pretensji jak najbardziej uzasadnionych. Bo oto okazuje się, że te dzieci są dla szkoły w pewien sposób b. niewygodne. Pierwszeństwo w każdym razie mają tzw. normalne dzieci. To im szkoła właśnie w pierwszym rzędzie zapewnia to co się należy w kwestii edukacji, dzieci natomiast z orzeczeniami muszą  grzecznie "czekać w ogonku", aż wraz z rozpoczęciem roku placówka się ogarnie. Że rozpoczynający się  rok szkolny jest dla całej szkolnej kadry wielkim wyzwaniem- to sprawa oczywista. Ale czemu dzieci, które są i tak jakoś pokrzywdzone nie mogą np.zacząć normalnie tak jak ich rówieśnicy zajęć 1 września, bo okazuje się np. że  "sekretariat" dopiero się budzi, że nie ma nauczyciela, który zająłby się nauczaniem indywidualnym dziecka z taką potrzebą. Mija tydzień, czasami dwa kiedy będą mogły podjąć naukę a tu jeszcze się okazuje, że nie zostały uwzględnione w liczbie dzieci w klasie i trzeba dopiero zamawiać podręczniki! I jak tu się nie zżymać na takie traktowanie! 

Tylko w czym tkwi tak naprawdę problem? Albo mówiąc inaczej kto i gdzie nawalił? Otóż okazuje się, że nie zawsze szkoła jest winna, bo często jej działania jeśli chodzi o uczniów z orzeczeniami blokowane są przez Wydział Edukacji w Urzędzie Miasta. 

Taki przykład: w zeszłym roku szkolnym pracowałam jako pedagog specjalny opiekując się chłopcem z głębokim niedosłuchem uczęszczającym do II klasy zwyczajnej- rejonowej szkoły. Zatrudniona zostałam na mocy niejako orzeczenia wystawionego na czas edukacji wczesnoszkolnej (klasy I - III), więc wszystkim nam wydawało się, że zgoda (co roku ponawiana przez Wydział) jest zwykłą formalnością. Szkoła wystąpiła o przyznanie środków na zatrudnienie oligofrenopedagoga, a p. dyrektor pożegnał się ze mną słowami iż liczy od września na dalszą współpracę. Wydawało się więc, że mogę liczyć na etat i pracę mam w kieszenie. Nic bardziej mylnego. Kiedy zjawiłam się na Radzie 30.08 okazało się, że Wydział nie dał jeszcze odpowiedzi wobec czego umowa nie może być podpisana. W końcu po przynagleniu telefonicznym 1.09 przychodzi NEGATYWNA ODPOWIEDŹ! Czyli że nie ma dla mnie etatu. No i zaczęły się telefony dyrekcji. pani pedagog, mamy chłopca, która osobiście złożyła na decyzję w Urzędzie skargę. Te wszystkie zabiegi sprawiły, że panie z Urzędu przyznały chłopcu pomoc, ale w postaci asystenta i to na 1/2 etatu! No i po balu, bo wszyscy w szkole zdawali sobie sprawę, ze na coś takiego nie pójdę. Niestety, ale na takie warunki pracy mnie nie stać (już mi się nie chce szczegółowo pisać w czym tu leży problem) i żaden nauczyciel specjalista się raczej tego nie podejmie. Kto na tym cierpi?  oczywiście, że dziecko, które w ten oto sposób pozbawione zostało należytej opieki. Kto by się jednak w Urzędzie takimi sprawami przejmował. Pytanie jakie nawet p. dyrektor, (jak stwierdził w rozmowie ze mną) boi się głośno wypowiadać jest takie: czy oszczędzanie na dziecku z orzeczenie jest jedynym dla budżetu ratunkiem?? 

Odpowiedź pomińmy tu milczeniem. 

Normalnie ciężka porażka :( 

22:15, taniatoja
Link Komentarze (6) »
sobota, 10 września 2016

W tym roku wrzesień rozpoczął mi się dość atrakcyjnie. Oprócz etatu na innym stanowisku dostałam nauczanie indywidualne, które przyznaję jest dla mnie dużym wyzwaniem. To nie koniec jednak nowości. 

Prócz szkółki rozpoczęłam też pracę nad samą sobą w ramach niesamowitego kursu "Zacznij  Two- Żyć" realizowanego przez 12 tygodni w oparciu o cudną książkę Julii Cameron "Droga Artysty". Generalnie chodzi o uwolnienie potencjału artysty, który podobno w każdym z nas jest:) W naszym twórczym gronie spotykamy się raz w tygodniu omawiąjąc i nie tylko  (bo są to też zajęcia warsztatowe) kolejny rozdział i dzieląc się tym w jaki sposób udało nam się go przepracować- co się udało a co nie. Książka zawiera bowiem b.konkretne wskazówki i zadania na każdy tydzień. Niesamowicie inspirująca sprawa! Tylko czekać aż Tania rozwinie skrzydła i zaprosi na swój pierwszy wernisaż ;) 

Oprócz stacjonarnych spotkań wybieramy się też w plener np.na tzw. piknik z artystą albo chociażby do knajpki, czy kina. W ramach takiego właśnie wyjścia mogłam zobaczyć ostatnio "Boską Florence" z gwiazdorską obsadą Mary Streep i Hugh Granta. Normalnie sala śmiechu:) Serdecznie polecam!

Kolejną nowością, którą przyobiecałam sobie po wspomnianych tu rekolekcjach jest dołączenie do wspólnoty i realizowanie w ten sposób razem pewnej duchowej formacji. Na razie jestem po pierwszym spotkaniu, ale już nie mogę się doczekać kolejnego:) Fajna, ciekawa grupka no i znowu tygodniowe spotkania. Bardzo się na nie cieszę! 

W ramach właśnie tej drogi i jakby odkrycia ekspresji, która mi najbardziej w modlitwie pasuje wyjeżdżam w październiku na Tarnowskie Warsztaty uwielbienia tańcem. Mam już za sobą lokalne spotkanie i z chęcią wybiorę się aż do Tarnowa, tym bardziej że tam właśnie przeprowadziła się ostatnio siostra. Jest więc fajna okazja do spotkania:)

A poza tymi nowościami życie toczy się całkiem normalnie:) Starsza zdała właśnie jedyną poprawkę i jest już na drugim roku, a młodsza z zapałem zaczęła żywot licealisty:) Jestem na świeżo po pierwszym zebraniu i też cieszę się z jej wyboru. 

To tyle. Obiadek zjedzony, idę realziować "kartę stałego klienta", czyli połasuchować w dopiero co otworzonej koło mnie lodziarni:)

Dobrego weekendu dla Was wszystkich! U nas dziś prawdziwe lato- 30 stopni!

15:56, taniatoja
Link Komentarze (11) »
sobota, 27 sierpnia 2016

Tydzień temu wróciłam z Beskidu Śląskiego, gdzie byłam po raz pierwszy i w końcu mogłam nacieszyć oczy widokiem malowniczych  gór:) Udało mi się trochę pojeździć, trochę pochodzić (zdobyć kilka szczytów), choć nie był to typowo turystyczny wyjazd. W Bystrej krakowskiej byłam bowiem na rekolekcjach, choć nie jako zwykły uczestnik, ale bardziej pracownik;) 

17 rodzin, dosłownie z całej Polski przyjechało tam, aby doładować duchowe akumulatory, a ja miałam za zadanie w szczególny sposób (w czasie licznych spotkań i wykładów) zajmować się ich pociechami.

Prawda, że ładna fucha mi się trafiła i to na dwa tygodnie??;) 

W sumie jednak jestem b. zadowolona, bo nie dość, że poznałam nowe miejsca i b.ciekawych ludzi, to jeszcze sama duchowo skorzystałam. P. Bóg  lubi jednak ludzi zaskakiwać!

Jednym z owoców tego wyjazdu jest powrót do zainteresowań religijną literaturą, której przyznaję, b. dawno już nie czytałam. Kiedyś w okresie studiów przeżywałam fascynację mistyką chrześcijańską i zaczytywałam się Ojcami Pustyni, który duchowość bardzo mi odpowiadała), T. Mertonem, A. Grunem i teraz z ogromnym zaciekawieniem wracam do tych i innych lektur.

Przeżywam też na nowo fascynację czeskim teologiem, filozofem  i psychologiem (prywatnie przyjacielem z lat opozycji prezydenta  Havla) Tomasem Halikiem, pod którego wieloma myślami dotyczącymi Kościoła mogłaby się spokojnie podpisać.

 

Tak jest z książką, którą obecnie czytam: "Cierpliwość wobec Boga", której podtytuł "spotkanie wiary z niewiarą", moim zdaniem  o wiele lepiej wyraża o czym tak naprawdę ona traktuje. I pewnie miał rację wydawca, czyli Znak informując czytelnika już na okładce, że jest to "najlepsza książka teologiczna w Europie" Na pewno nie należę do ekspertów w tej dziedzinie, ale niewątpliwie dawno nie czytałam, że tak powiem z tej branży, czegoś tak świeżego, trafnego, a jednocześnie  głębokiego i prawdziwego. Naprawdę jestem pod wrażeniem i chapeau bas dla autora!

Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć obszerny cytat jednego z rozdziałów, ponieważ własnymi słowami nijak nie potrafiłabym lepiej wrazić tego co myślę na temat rzeczywistości Kościoła, niż zrobił to sam T. Halik.

"Kilkakrotnie zwracałem uwagę na to, że tego co stanowi przedmiot dzisiejszych sporów wewnątrz religijnych, nie uważam za zbyt ważne i że absolutnie nie irytuje mnie gdy Zacheusze (czyli grzesznicy i ci wątpiący-  moje wyjaśnienie) zachowują wobec tych aspektów K- ła dystans; nie niepokoi mnie też jeśli mają nieco" luźniejszy stosunek" do instytucjonalnej postaci Kościoła.Wcale to jednak nie znaczy, by moim ideałem było jakieś pozakościelne chrześcijaństwo"- nierealne, niekonkretne, nie-wcielone w historię i w społeczeństwo, czy nawet jakaś mglista, ezoteryczna religijność w stylu New Age.

Czuję odpowiedzialność zarówno za Zacheuszów jak i za społeczeństwo, w którym Kościół i Zacheusze żyją-i to w jednakowej mierze. Zależy mi na tym, aby "indywidualistycznych poszukiwaczy" w stylu Zacheusza nikt nie dostosowywał do swoich wyobrażeń o standardowym wiernym, ani nie wyganiał ich z przestrzeni k- ła, aby im po prostu zostawił całkowitą swobodę,by by sami określili swą bliskość lub oddanie względem widzialnej postaci kościelnego chrześcijaństwa. 

I dalej:

"Obawiam się, że wielu księży - przynajmniej w naszej ojczyźnie-nauczyło się określonej techniki, czy technik, jak ze zwolenników, czy sympatyków wyhodować szeregowych członków k- ła i uważa za swoją porażkę, jeśli żadna z owych technik nie zadziała....Trzeba nauczyć się tworzyć przestrzeń dla Zacheuszów, także dla tych,  z których nigdy nie będą "standardowi parafianie",albo przynajmniej nauczyć się szanować przestrzeń, która oni sami tworzą (!).

Tak, Zacheusze zazwyczaj.....zajmują miejsca na obrzeżach widzialnego K- ła, ale właśnie te obrzeża są ogromnie ważne! Bez nich bowiem k-ł nie byłby kościołem, ale sektą. Jedną z zasadniczych różnic między tymi dwoma rzeczywistościami jest to, że kościół nie ogranicza się do swojego "twardego rdzenia"złożonego ze swych wyrazistych członków lub w takim typie swych członków widzi ideał. Potrzebuje także trochę bardziej elastycznego ciała.

I na koniec:

"Kiedy obserwuję niektórych katolików jak chcieliby dyscyplinować pluralizm kościoła wedle swojej, często osobliwej koncepcji katolicyzmu, jest mi smutno, że ci, "których pożera gorliwość o dom Pański", nie uświadamiają sobie, że stają się właśnie zamachowcami, zagrażającymi jednej z najbardziej witalnych funkcji kościoła, jego powszechności, która powinna być przecież ideałem wszystkich kościołów chrześcijańskich" 

Święte słowa! Dlatego i ja mam dystans i obawy co do tych gorliwych katolików, którzy próbują manipulować Bogiem wciskając Go w pewien schemat, a całą resztę inaczej myślących uznają za gorszych od siebie,czy wręcz odrzuconych niby prze samego Boga. Przed takimi aktywistami  w wierze przypisującymi sobie monopol na prawdę i ocenianie innych ludzi uchowaj nas Boże! 

Mam pewną zasadę, którą na swój własny użytek od lat staram się stosować wobec siebie, księży i innych wierzących:  najpierw bądź po prostu dobrym- porządnym człowiekiem, potem dobrym chrześcijaninem a później możesz iść dopiero do wspólnot i z pokorą próbować wskazywać drogę innym. Ale zawsze w tej kolejności, a nigdy odwrotnie! Efekt bowiem może być potem taki, że (prócz wielu wspaniałych) mamy też tych księży.co to gardząc grzesznymi owieczkami "wiążą im na szyi ciężary , których sami tknąć palcem nie chcą" albo tych liderów wspólnot, którzy uważają się niemal za żywcem wziętych w poczet panteonu świętych podczas, gdy ważny jest dla nich jedynie współbrat ze wspólnoty,a  inni ludkowie,np. sąsiedzi, współpracownicy, mogliby nie istnieć.  Przykra rzeczywistość wielu wspólnot.

To, co mówię, mówię z pozycji  Zacheusza (dostrzeżonego w końcu przez Jezusa i świadomie podąrzającego za Nim) wciąż mało jednak ufnego wobec ludzi z"rdzenia Kościoła". Dlatego też  doskonale rozumiem Halika, który mówi o potrzebie otwartości na innych, także tych poszukujących,czy wątpiących. 

Warto się zastanowić chociażby nad tym co mówi nam dzisiaj doświadczenie św.Teresy z Lisieux, która choć dzisiaj czczona jako wielka mistyczka i doktor kościoła miała przecież doświadczenie nocy wiary,"siedzenia jakby z niewierzącymi przy jednym stole"i paradoksalnie  "w tej niewierze" znalazła żywego,wciąż poszukującego człowieka Boga! 

I rację ma Halik pisząc, że każdy kto chce nieść innym Boga powinien dla zasady nieść także jakby przed sobą afisz:" Uwaga tajemnica!", żeby czasami nie wbić się w jakiś tryumfalizm (pychę), co to wszystko już wie, umie sobie samemu odpowiedzieć na wszelkie pytania i samego Pana Boga zdaje się łapać za piętę. 

Już nie zdążę rozwinąć tego wątku, ale "Cierpliwość wobec Pana Boga" warto również przeczytać ze względu na przemyślenia autora odnośnie stosunki chrześcijaństwa do świeckich tradycji Europy, a także wojującego Islamu. Myśli naprawdę godne przynajmniej zastanowienia. 

Gorąco polecam! 

...i jeszcze wakacyjnie Was wszystkich pozdrawiam:))

 


14:29, taniatoja
Link Komentarze (11) »
sobota, 30 lipca 2016

 

No to na początek jeszcze trochę wspomnień z gór, po których wędrowałyśmy ze Starszą w ostatnim czasie.

Takie widoczki miałyśmy wędrując z Łabskiego Szczytu szlakiem przyjaźni do Strzechy Akademickiej. W górze dobrze widoczna była też Śnieżka, ale fotkę tu ścięło.

 

A tu jeszcze po wizycie w schronisku pod Łabskim właśnie szczytem. 

 

a taki widoczek miałyśmy z malowniczego szlaku  pod reglami (idąc na szczyt do Śnieżnych Kotłów z Odrodzenia)

 

tu pod Słonecznikami

 

...i idziemy wciąż dalej, przede mną  Śnieżka

 

No a takie szybko przemieszczające się chmury (fantastyczny widok!) dogniły nas przed samą Strzechą

 

No i znowu jestem w domu odpoczywając przed kolejnym już dłuższym wyjazdem:)


Dziś przyjeżdża na kilka dni siostra, by zobaczyć z nami, a zwłaszcza z Młodszą, która już jutro wraca z ŚDM. Na pewno przyjedzie pełna wrażeń i już wszyscy nie możemy się doczekać jej opowieści:)

Przed prawie dwoma  tygodniami uczestniczyłam w paru wydarzeniach w naszym mieście (w ramach Diecezjalnych  ŚDM) i powiem że atmosfera tych spotkać, chociażby w trakcje Singing Europe,czy Mercy Festów, gdzie spotkać można było młodych np. z Seulu, Nowej Kaledonii, Karaibów, była naprawdę cudna! 

Najwięcej jednak ściągnęło do Wrocławia Hiszpanów i Włochów ,którzy nawet w środkach komunikacji potrafią wykreować radosny, pełen żywiołu klimat:) Dobrze było posłuchać tylu ludzi opowiadających o swojej kulturze nie tylko słowem, ale także poprzez śpiew i taniec. Bardzo ciekaw i dobrze od strony organizacyjnej przygotowane wydarzenia!

Uczestnicząc w tych spotkaniach przypominałam sobie swoje wyprawy, na podobne jak ta imprezy, choć my razem ze znajomymi  ze studiów jeździliśmy raczej do innych krajów w ramach spotkań z Taize. Niezapomniane chwile, spotkania a z ciekawymi ludźmi, które na zawsze pozostają w pamięci!

1991 r. miałam okazję być jednak na ŚDM w Częstochowie, gdzie spotkałam przyjaciół w Włoch:) Jak znajdę fotki to zeskanuję i wstawię; ciekawe czy mnie poznacie;)

O i jeszcze wstawię filmiki z bawiącymi się Panamczykami- to była fiesta:))

No, wystarczy tych opowieści, bo obiad mi się przypali;)

Poza tym muszę w końcu zabrać się za konspekty zajęć, które będę prowadziła już niedługo wyjazdowo z dzieciakami.

....ale o tym opowiem już po powrocie:)

Miejcie się dobrze i wypoczywajcie na urlopach!

15:21, taniatoja
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 lipca 2016

Od wczoraj nie mamy prądu.

Akurat zdążyłam zrobić pranie, poprasować i....ciach! No dobra- pożyjemy trochę zgodnie z rytmem natury :-)

Komórki (z wyjątkiem mojej ) padły, laptop też- przynajmniej cisza spokój. Pożytek taki, że córcia zamiast siedzieć z nosem w smartfonie w końcu pograła na flecie, a nawet pośpiewała przed czekającym ją występem.

..no i rozegrała z mamą partyjkę szachów:) Trochę poćwiczyłyśmy sobie też opowiastki po angielsku o Ostrowiu Tumskim, gdyż memu dziecięciu przypadła rola oprowadzania po tym miejscu młodzieży z zagramanicy;) w ramach Wrocławskich ŚDM oczywiście.

Jedna córcia wymyśliła sobie "świętą" rozrywkę, a druga szaleje właśnie na imprezce niekoniecznie cieszącej się dobrą sławą, czyli na Woodstocku:) Najbardziej martwi mnie fatalna pogoda, ale co tam: młodzież nawet jak namiot się podtapia i trzeba brodzić w błocku i tak potrafi się świetnie bawić. Mam nadzieję tylko, że dziecko zabrało jakieś ciepłe rzeczy po na upalną pogodę do niedzieli się nie zanosi.

Ja natomiast odliczam dni do kolejnego wypadu w górki. Najpierw tym razem ze Starszą właśnie jedziemy na kilka dni w Karkonosze, a potem już na dłużej ze znajomymi w Beskidy. Co prawda nie będzie to tylko rekreacja, ale szczegółów nie będę na razie zdradzać;)

Może w sierpniu będzie chociaż lepsza aura, bo to, co się ostatnio wyprawia z lekka może przerazić. Co innego zresztą jak się bezpiecznie siedzi w czterech ścianach, a co innego gdy się (jak właśnie moi znajomi) płynie z dziećmi przez całą Polskę na kajakach, albo (jak nasza tu wspólna koleżanka) wędruje po górach z plecakiem zaliczając schroniska. W takich warunkach przeżyć ulewy i wichury- to jest dopiero hardcor!

Może być jednak jeszcze gorzej, o czym przekonałam się z rana oglądając (po porannej wizycie w UP) u ojca wiadomości.

Nawet teraz mam przed oczyma straszne widoki tragedii jaka się rozegrała  w Nicei:( Może dobrze, że chwilowo jestem odcięta, bo normalnie strach się bać co to się na tym świecie wyprawia!

No cóż, trzeba oszczędzać baterię, więc pora kończyć pisanie.Póki jasno można jeszcze poczytać....a wieczorem pewnie wybiorę się na pobliskie warsztaty

...i mam nadzieję, że po powrocie zastanę w domu "jasność":)


15:48, taniatoja
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67