RSS
środa, 29 marca 2017

Zrobiło się prawdziwie wiosennie i od razu robi się człowiekowi tak lekko i radośnie na sercu:)

Nawet w pracy przy całym zagonieniu znajdują się okazje do uśmiechu.

Ostatnio mój autystyczny podopieczny rozbraja mnie swoimi do bólu szczerymi pytaniami. Jak to autystyk, choć jest inteligentny, zupełnie nie rozumie pewnych społecznych sytuacji. Na przykład zupełnie nie do pojęcia jest dla niego, że w klasie musi coś robić czego nie lubi. Biedne dziecko, kiedy np. ćwiczymy piosenkę, a ja widząc że nie uczestniczy w próbie zachęcam go do aktywności, zalewa się łzami i głośno pyta: "...ale czy ja lubię śpiewać???"

Podobnie gdy siadam przy nim (czasami trzeba mu pomóc złapać kontakt z rzeczywistością bo odpływa), czego b. nie lubi zadaje mi pytanie: "dlaczego przy mnie siadasz, czy ja to lubię???":) Zazwyczaj odpowiadam mu w stylu "może nie lubisz, ale ja Ciebie b. lubię i to jest dla ciebie wyróżnienie". Dziś jednak sróbowałam go "pokonać jego własną bronią" i gdy zaczął znów swoje wywody odpowiedziałam w jego stylu pytaniem na pytanie: "a czy ja się ciebie pytam, czy to lubisz"...a czy myślisz, że pani jest miło kiedy zadajesz takie pytania?" Oczywiście na empatię nie można za bardzo tu liczyć, ale uważam, że różnymi sposobami trzeba jednak próbować.

Drugi Artysta (ten od "cyców" i też objęty szczególną moją pieczą"  rozbroił mnie za to. Widząc dziś jak się męczę z innym chłopcem dokuczającym nieustannie koledze. podchodzi do mnie i konspiracyjnym tonem szepcze: "ale pani jest biedna,  ja wiem przecież , że X i Y mają coś z głową";) Grunt to mieć dobre samopoczucie- umieć krytycznie oceniać innych, zapominając o swoich przywarach!

Z rzeczy poważniejszych to nadmienię tylko, że przestałam zupełnie, zgodnie z zaleceniem p. dyrektor, przejmować się mało życzliwą koleżanką...i dobrze mi z tym:) Dobrze mieć ludzkiego i mądrego szefa! Mam ostatnio szczęście do przełożonych i to jest b. pozytywna rzecz!

No i tak to.

Jutro wybieram się do kina na "Chatę" i jestem b, ciekawa, czy będzie równie dobra jak książka. A wczoraj w domowym kinie oglądaliśmy "Kunduna" Scorsesa-b. ciekawy film o Dalajlamie. 

To taki trochę "wyłom" , bo przez Wielki Post staram się naprawdę ograniczać  w rozrywkach i  dbać  bardziej o to, co duchowe. Udało mi się tu właśnie uczestniczyć w kilku naprawdę ubogacających spotkaniach i rekolekcjach z czego się b. cieszę. 

Przeczytałam też pożyczoną od siostry niesamowitą książkę "Skutek uboczny- śmierć", która demaskuje różne nieetyczne  działania wielkich koncernów farmaceutycznych. Aż włos się jeży na głowie, kiedy człowiek czyta o tym jak przedmiotowo traktowany jest pacjent, jak liczy się w sumie marketing i kasa. Dobrze, że my w domu jesteśmy zdrowi i nie korzystamy z "dobrodziejstw" farmacji.

A co poza tym?

Ostatnio zapisałam się już na lipcowy plener z uczestnikami ogniska plastycznego:) Tydzień z paletą w ręku i to jeszcze w pięknym miejscu...aż się serce wyrywa.

...a odpowiadając na prośbę co po niektórych, żeby się swoimi dziełami pochwalić...spróbuję tu wkleić dwa spośród moich pierwszych "dokonań"licząc na wyrozumiałość wszelkiej maści krytyków sztuki:) Na swoją obronę powiem, że maluję zaledwie od miesiąca, bo wcześniej robiłam wyłącznie szkice...

Także proszę mnie mieć za usprawiedliwioną...

https://web.facebook.com/agnieszka.rybska.90/posts/1290141057734376?pnref=story

 

..inaczej niestety się nie dało






20:44, taniatoja
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 lutego 2017

Po ostatnim filmie Mela Gibsona "Przełęcz Ocalonych" powiedziałam sobie, że długo na tzw. religijny film nie pójdę. 

Każdą historię, moim zdaniem, można bowiem opowiedzieć dobrze albo źle i sam temat nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem. Widziałam wiele religijnych knotów, a z drugiej strony filmów o nawet błahej tematyce, ale ciekawie opowiedzianych. Mel Gibson natomiast przekazał nam pewną historię (na pewno wartą opowiedzenia), ale zrobił to w mało wyszukany sposób, bo bazując głównie na religijnych emocjach odbiorcy, a to dla mnie nie jest kino najwyższych lotów, po prostu.

Dzisiejszy film natomiast Martina Scorsese "Milczenie" to przykład zupełnie innego, choć też "religijnego" kina.

Powiedziałabym, iż nie jest on z gatunku tych "czarno białych", to znaczy że nie zadaje łatwych pytań odpowiadając na nie w "jedynie poprawny sposób" Dla wielu odbiorców tego rodzaju kina może być to sporym zaskoczeniem, ale dla mnie stanowi o jego wartości. Żaden ważny problem nie ma bowiem łatwych rozwiązań, ale na pewno powinien zachęcić do uważniejszego na siebie spojrzenia.. 

XVII- wieczna Japonia z pewnością nie była łatwym terenem pracy dla Jezuitów, którzy przyłapani na krzewieniu chrześcijaństwa poddawani byli wraz ze swoimi naśladowcami brutalnym torturom i nieraz za nawracanie innych płacili swoim życiem.  

Pytanie zasadnicze jakie stawia misjonarzom (a także każdemu pewnie z nas) reżyser jest takie: czy w imię swoich przekonań wolno narażać na cierpienie i śmierć innych? Czy tego rzeczywiście chce od nas miłosierny chrześcijański Bóg? Sam Scorsese podsuwa nam odpowiedź, którą pewnie uważa na najlepszą. 

Czy rzeczywiście jednak Jezus chciałby żeby poddawani tzw. próbie deptali jego wizerunek? Tego nie wiem. Wiadomo przecież, że K-ł upatruje wielką wartość w ofierze męczenników. Patrząc jednak od strony samego człowieka czymś nieludzkim jest wymaganie od innych heroizmu i narażanie ich na takie męczarnie jakim chrześcijanie tam właśnie byli poddawani.

Mnie, przyznam się Wam od razu, nurtuje jeszcze inne problem. Zadaję sobie mianowicie pytanie: jaki cel mają wyprawy misjonarzy na dalekie kontynenty, gdzie panuje zupełnie inna kultura i związana z nią mocno religia. Wiem, że takie pytanie w ustach chrześcijanki  brzmi dziwnie, ale pewnie podpadnę jeszcze bardziej gdy stwierdzę, że najlepiej by było gdybyśmy nikomu nie próbowali narzucać swojej religii, bo jak wiemy z historii, iż z podejścia "moja religia jest jedynie prawdziwa" wynikały tylko spory i waśnie. Dla mnie ogromną wartością jest nasza religijna różnorodność. Dlaczego Japończycy nie mogą zostać u siebie buddystami, mieszkańcy Indii hinduistami, Arabowie Muzułmanami, a my Europejczycy chrześcijanami? Oczywiście, że nie każdy z nas- Europejczyków, musi być zaraz wyznawcą Jezusa, ale prawdą jest, że na każdym kontynencie większość mieszkańców wyznaje jedną religii i jest ona długą tradycją związana z jego kulturą i obyczajowością. Dlatego mnie jako chrześcijance zupełnie nie przeszkadza, że większość mieszkańców Azji jest innego niż moje wyznania, co więcej mam naprawdę duży szacunek dla tradycji buddyzmu, za jej min. filozofię "współczucia" dla każdego stworzenia. Tu zresztą wiedzę zbieżność z samym chrześcijaństwem i jego filozofią miłosierdzia.

Ta różnorodność religii na różnych kontynentach jest wręcz dla mnie dowodem na niesamowitą kreatywność Największego Stwórcy i jego cudną wyobraźnię. Dlaczego mnie chrześcijance modlącej się w kościele miałoby przeszkadzać, że moi bracia np. Żydzi modlą się w swoich świątyniach? Moim mistrzem jest Jezus, oni mogą swojego Boga nazywać inaczej, ale i tak jesteśmy dziećmi tego samego Boga.

Dlatego też przyznam się nie zawsze rozumiem ewangeliczna gorliwość moich  braci i sióstr w wierze i wydaje mi się, że za taką postawą może się kryć nawet zakamuflowana pycha. Oczywiście, że ewangelizacja nie oznacza jeszcze narzucania nikomu wiary siłą, ale kiedy słyszę załóżmy jako osoba innej wiary, że "tylko Jezus jest prawdą" to jak taką deklarację mogę odbierać? 

Wyobraźmy sobie, że to do nas Europejczyków przyjeżdżają np. hindusi i zaczynają nam na ulicach głosić,  że tylko Sziwa jest jedyną drogą do Boga. A czy możemy sobie wyobrazić, że ta- tak obca naszej kulturze religia zapuszcza u nas korzenie? Ja jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. 

Dlaczego więc mielibyśmy dziwić się Japończykom, którzy mają swoją zupełnie inną kulturę i inne wierzenia?

Muszę jedną rzecz jednak wyjaśnić: otóż mam wiele sympatii dla ludzi (księży i świeckich) pracujących na misjach przede wszystkich za ich ogromną trud na rzecz lokalnych społeczności. W takiej dalekiej np. Afryce , czy Azji to często właśnie misjonarze są tymi, którzy dbają by ludzie mieli większy dostęp do dobrodziejstw cywilizacji. Stąd pierwsze co robią to budują szkoły, przychodnie studnie, tworzą ludziom miejsca pracy, a  dopiero potem budują kościoły i inne miejsca kultu. Znam to z opowieści bliskich mi osób i dlatego ogromnie sobie pracę ludzi na misjach cenię. Czym innym jest jednak niesienie ludziom Jezusa tam gdzie jest religijna próżnia, a czym innym próba oderwania człowieka od religii, w której wzrastał. 

Dla mnie najpiękniejszą jednak postawą misjonarza jest ta reprezentowana przez  dziś bł.  Karola de Foucauld. B. ciekawa postać! Otóż ten młody arystokrata żyjący w XVIII- wiecznej Francji przeżywa radykalne nawrócenie i wyjeżdża jako już chrześcijanin na Saharę, gdzie żyje wśród koczowniczych plemion Tuaregów. Nie ewangelizuje słowem tylko życiem, tzn. gdy go zapytają "bracie Karolu dlaczego jesteś dla nas taki dobry?" dopiero wtedy odpowiada" Bo moim Panem jest Jezus i ja chcę go żyjąc wśród Was naśladować". Piękna i jakże prosta postawa! Taką ewangelizację rozumiem, a wszelkie formy"przeciągania na swoją stronę" uważam za wyraz niezrozumienia istoty wiary.

Oczywiście nie są to proste sprawy i nie twierdzę, że to ja mam całkowitą rację, ale tak po prostu na te kwestie patrzę. 

Dlatego też wracając na koniec do samego filmu i ja nie potępiam "upadłych księży", a ich apostazję nie traktowałabym jako wyparcia się wiary (bo chyba do końca tak nie było), ale nadanie jej nowego kształtu wpisanego się  w tradycję zamieszkiwanego kraju. Nie można być jednak całkowitym ignorantem przyjeżdżając do kraju o zupełnie innych korzeniach.

23:39, taniatoja
Link Komentarze (8) »
sobota, 11 lutego 2017

No i zaczęłam ferie:)

Zdajsie, że tym razem nigdzie nie wyjadę (kontuzja kolan, więc nartki "buy, buy"), ale  weekendy mam już od rana do wieczora zaplanowane, no a w tygodniu maluję , czytam, chadzam do kina i rozwijam się towarzysko:)  Zdecydowanie tylko przydałaby by mi się jeszcze jakaś aktywność fizyczna, może jakiś pilates albo zumba. No a dziś na dobry początek wybrałam się ze Starszą do Opery.

Takie są moje plany na najbliższą przyszłość, ale wiele ciekawych rzeczy działo się też ostatnio. Na przykład  niedawno widziałam kilka poruszających filmów na temat relacji  rodzinnych albo damsko męskich,a po ostatnim- "Sztucę kochania. Historii o Michalinie  Wisłockiej"  pojawiło mi się w  temacie sporo refleksji. Sam film nie jest dla mnie jakimś szczególnym arcydziełem kinowym ,ale na pewno daje do myślenia. . 

Przede wszystkim wrażenie robi jako niesamowicie trafny sam tytuł książki, bo dobre relacje między kobietą a mężczyzną w związku są dziś prawdziwą SZTUKĄ. Niesamowicie trudną trzeba od razu dodać. I druga refleksja, która jakby automatycznie  się pojawia jako następna, (tym razem zaobserwowana w otoczeniu): w dzisiejszym świecie szczęśliwa rodzina- kochający się rodzice i dzieci to prawdziwy CUD. 

Ta "sztuka" na pewno nie udała się samej Wisłockiej, bo powołując do życia dzieci z "trójkąta" zapewniła im traumę (konsekwencje życia w kłamstwie i separacji), a samej sobie gorzkie rozczarowanie po rozstaniu z partnerem i przyjaciółką. Dla kochającej matki, jaką w filmie nam ją pokazano to musiał być cios, który też pozostawił ją pewnie do końca życia z wyrzutami sumienia i świadomością porażki. 

Jak to się ma do jej deklaracji, że mówiąc o seksie, chce w nim widzieć całego człowieka z jego psychiką i emocjami, tego nie rozumiem, ale daleka jestem od wydawania jakichkolwiek sądów o samej osobie. Myślę, że pani Michalina po prostu się w życiu strasznie pogubiła, co zdarza się przecież nie jej jednej.   Kolejna niekonsekwencja u autorki, która w swojej książce poświęciła rozdział antykoncepcji jest pojawienie się jej osobistych dzieci w momencie kiedy na pewno ich nie planowała (nieustabilizowana osobista sytuacja no i  pisanie pracy doktorskiej). Trudno nie odnieść wrażenia, że między teoriami a życiem młodej pani doktor zachodzi wyraźny rozdźwięk.

Moje osobiste refleksje po filmie (ale także  po obserwacji otaczającej mnie rzeczywistości) są takie, iż aby stworzyć szczęśliwy związek nasze instynkty, ( pożadanie, ale też i uczucia) trzeba by  podporządkować jednak jakimś wyższym normom. Jak się da im hulać jak chcą to niestety można zupełnie niechcący unieszczęśliwić siebie i innych ludzi. Taki błąd popełniła sama Wisłocka żyjąc raz jak już wiemy w trójkącie, a raz wdając się w romans z żonatym mężczyzną. Niestety dowiedziała się tego "po fakcie", czyli kiedy związek boleśnie dla wszystkich się rozpadł, dzieci zostały poranione rozstaniem, a ona sama została ze swoim bólem. Tak to niestety jest, że za swoje wybory konsekwencje zbierzemy nikt inny tylko my sami.I tu nie chodzi o jakieś ocenianie, bynajmniej. Każdy z nas ma prawo do popełniania błędów, do "chwili słabości", ale to i tak nie zmienia faktu, że życie nas za nie boleśnie rozliczy.

Najbardziej magiczny w filmie przez swoją uczuciową siłę moment to zakochanie się i to ze wzajemnością Michaliny w Jurku. Która kobieta nie chciałaby takiego porwania emocjonalnego przeżyć?. Jest jednak jeden problem: Pan Jurek nie był stanu wolnego, miał żonę i córkę, którym wdając się z Wisłocką w płomienny romans po prostu mógł złamać życie. Okazało się jednak że sam padł swoją ofiarą, bo serce najprawdopodobniej nie wytrzymało z tęsknoty i  niemożliwości zrealizowania marzeń o byciu razem. No własnie i mamy na tapecie problem zdrady.

Wiecie co na temat takich kochasiów myślę? Obserwując wiele związków dziś wiem co najbardziej w facetach sobie cenię. Atrakcyjni są dla mnie mocni mężczyźni, a mocni są wtedy kiedy są wierni i nie pozwalają sobie (w imię miłości do swojej  żony i dzieci)i na żadne romanse. W dzisiejszym świecie, gdzie  króluje kult przyjemności i łatwości szybkiego zaspakajania swoich potrzeb wierność jest prawdziwą miarą dojrzałości i świadczy po prostu o sile charakteru mężczyzny.

To tyle niejako "obok" "Sztuki kochania".

...i żeby nie było...oczywiście jestem zdania, iż  dobrze, ze sama książka powstała. Na pewno wypełniła swoją treścią wyraźną lukę. a poza tym zwyczajnie była ważnym głosem sprzeciwu wobec robienia z seksu tematu tabu i związanej z nim w społeczeństwie  hipokryzji. 

 

 

...ale mi wyszedł początek ferii z przytupem :D


22:47, taniatoja
Link Komentarze (10) »
sobota, 04 lutego 2017

Wczoraj jednak zamiast masażu był film "Za jakie grzechy dobry Boże". Polecona i naprawdę fajna komedia. Mimo, że  po okropnym dniu w pracy poprawiła mi humor, w pewnym momencie zwyczajnie film mi się urwał, a że mąż mnie nie zbudził pospałam sobie w pozycji siedzącej jakąś chyba godzinkę! Nawet odkładanie sprzętu i głośne rozmowy mnie nie zbudziły, po prostu padłam jak kawka! 

Może też nie najlepsza kondycja fizyczna przyczyniły się do tego, że nawet  rano nie czułam się jeszcze w najlepszej formie. Zebrałam się jednak w sobie, pojechałam do pracowni, spędziłam czas w miłym i życzliwym towarzystwie i od razu zrobiło mi się lepiej.  Teraz jestem już w domki i po obiadku zamierzam dokończyć przepiękną książkę "Rzeka" Michaela Neale opowiadającą o przeżyciu straty, ale też odkryciu jej sensu i nowego jakby celu w życiu. Dla mnie ważny także był  wątek o odwadze i podejmowaniu ryzyka, które może nas, owszem doprowadzić do niebezpiecznej sytuacji, ale i pozwolić odkryć jakąś nową jakość, czy nawet prawdziwą radość życia. 

Mi by się taka lekcja jaką dostał Gabriel- główny bohater powieści, na pewno przydała. 

A co poza tym? 

Ano nie wiem, czy wiecie że minął właśnie tydzień nowego, chińskiego roku! Roku Koguta tym razem :-) Równo tydzień temu świętowałam to wydarzenie w Muzeum Narodowym i muszę powiedzieć, że organizatorzy bardzo się postarali. Naprawdę było super! Kaligrafia, nauka języka, pokazy taneczne, dzieci i dorosłych, wspólne śpiewanie prostych melodii, do tego warsztaty Kung Fu i również przepiękny pokaz Tai chi, za którym strasznie zatęskniłam. Za studenckich czasów przez jakieś trzy lata biegałam na treningi i teraz patrząc na wykonywany z gracją układ gimnastyczny poczułam się po prostu wzruszona tym dotykiem piękna no i wspomnień. Aż sama miałam ochotę wejść na parkiet i sobie poprzypominać tę medytację w ruchu. Po prostu czysta poezja! Zdziwił mnie też, acz  pozytywnie wiek trenujących. Za moich czasów byli to głównie ludzie młodzi, a teraz widzę, ze do tych ćwiczeń przekonuje się dużo seniorów. Podobnie od zawsze było zresztą w Chinach, gdzie nawet w parkach można zobaczyć ludzi w starszym wieku wykonujących te proste układy. Widać, ze nasza kultura się zmienia i dużo osób w podeszłym wieku ma jeszcze ochotę popróbować coś nowego w życiu. 

Wracając jednak do prozy życia...

Zdajsie, że będę się musiała jeszcze wybrać do apteki, bo niestety Św. Błażej nie uzdrowił mnie od bolącego gardła;)  Wczoraj jak się okazało było jego wspomnienie, a dowiedziałam się o tym po mszy uczestnicząc po raz pierwszy w życiu w specjalnym błogosławieństwie tego świętego (b.ciekawy obrzęd). Tym razem Błażej się jednak (przynajmniej jeśli chodzi o moją osobę) nie spisał i będę musiała po prostu sobie coś zaaplikować:) 

Jutro też przyjeżdża siostra i zamierzam się z nią spotkać w naszej kawiarence, a potem jeszcze na tostach u nas w domku.

I co jeszcze? Po raz kolejny sobie z wdzięcznością uświadamiam, że dobrze jest mieć wokół siebie życzliwych i  bliskich  ludzi, bo po tygodniu pracy i relacji z osobą, która mocno daje mi się we znaki, każdy przejaw sympatii i wsparcia jest dla mnie na wagę złota. 

Na szczęście rozmowy dziś w pracowni i z przyjaciółmi ze wspólnoty przypomniały mi o tym i mocno podniosły na duchu.Trzeba mocno podładować akumulatory, by potem stawić czoła burackim zachowaniom. Na szczęście jeszcze tylko tydzień i mamy ferie :-)  

Dobrego Wam wszystkim odpoczynku!


16:29, taniatoja
Link Komentarze (6) »
piątek, 27 stycznia 2017

Miałam b. trudny tydzień i dlatego dziś na jego zakończenie poszłam sobie do kosmetyczki. Po ostatnich hybrydkach  nadszedł czas na  manicure Japoński:) Kocie oczka na Sylwestra były naprawdę super, ale teraz poczułam ochotę na coś bardziej naturalnego i spokojnego. Na zakończenie tej przyjemnej wizyty zaoferowano mi jeszcze w gratisie specjalny masaż dłoni i terapię olejkami. Tego potrzebowałam! Od razu mi lepiej:)  

I już wiem  czym zacznę następny weekend: masaż, całego ciała- w końcu! 

Dobrze, to jest przyszłość, ale wrócę na moment do minionego tygodnia. 

Ponoć, żeby dzień był dobry trzeba go dobrze zacząć No to powiem Wam, że początek każdego dnia mam po prostu cudowny. A dlaczego? Ano prosta sprawa: od jakiegoś czasu do pracy chodzę "z buta"- jakieś 20 min. szybkiego marszu. Najpierw przechodzę sobie przez Park Tołpy i podziwiam romantyczny obrazek kiedy zza wzgórza i zza stawku wyłania się  pałacyk czyli przepiękny budynek Wydziału Architektury:) Po parudziesięciu metrach wchodzę na Campus Grunwaldzki naszego Uniwerku, by po drugiej stronie mostu poczuć się częścią studenckiej społeczności Politechniki, bo ostatnie 100 metrów do miejsca pracy to właśnie z kolei ten Campus. 

No i jak Wam się z rana taki spacer podoba? Mi bardzo. Nie dość, że urocze widoczki, to jeszcze  człowiek  staruje w pracy rozgrzany i dotleniony. No a przyznać muszę, że jest do czego psychicznie się przygotować. Oj jest, jest. Do końca miesiąca muszę ogarnąć dziennik i zrobić całą ewaluację zajęć rewalidacyjnych, no a w międzyczasie oczywiście normalne zajęcia. 

Wróćmy jednak jeszcze do przyjemności.

Niedawno byłam na b. fajnym filmie :"Ukryte piękno", a  równo tydzień temu z okazji święta udało mi się wyprawić dziadka z wnuczką na specjalnie z tej okazji grane "Lato w Prowansji", które sama wcześniej widziałam i szczerze polecam. Oba filmy opowiadają zresztą o odbudowywaniu niełatwych relacji rodzinnych i naprawdę warto je zobaczyć.  W przyszłym tygodniu natomiast może uda mi się z dziewczynami  wyskoczyć na film o Michalinie Wisłockiej- podobno b. ciekawy. 

W temacie relacji rodzinnych to podzielę się z Wami jeszcze niedawnym przeżyciem. Otóż  spotkałyśmy się we trzy z  dawno niewidzianymi, acz bliskimi mi koleżankami i tak przy kawusi opowiadałyśmy sobie co u której słychać. Bardzo wzruszyła mnie A. kiedy powiedziała że kilka miesięcy temu zadzwonił do niej były mąż z zaproszeniem na obiad, podczas którego to przeprosił ją za rozwód (jakieś 9 lat temu)  i wszystkie świństwa, które jej zrobił. Prosił o przebaczenie i pytał jak może jej za poniesione krzywdy zadośćuczynić. Strasznie mnie ta historia wzruszyła, bo b. przeżywałam te małżeńskie perypetie koleżanki. Niesamowite są takie "nawrócenia"! Niestety,  czasu nie da się cofnąć, ani konsekwencji popełnionych czynów. Przebaczyć na szczęście zawsze można, (co oczywiście nie znaczy zapomnieć i wrócić jakby nigdy nic do "starych czasów"). 

Ech, życie....

Sama też niedawno poczułam potrzebę lepszego poznania siebie w kontekście rodzinnych ustawień i zdecydowałam się na indywidualne spotkania z terapeutą. Powiem Wam, że jestem pod niesamowitym wrażeniem tego, co podczas naszych spotkań odkrywam, jakie cudowne rzeczy w moim życiu zaczynają się w kontekście rodziny, zwłaszcza  "linii kobiecej"pojawiać. 19 lat temu zakończyłam grupową terapię Nesta i wydawało mi się, że w tym temacie wszystko już i wiem, a tu tyle znowu odkrywam! Jaką wielką zagadką jest człowiek i jego relacje rodzinne! Niezmiernie się cieszę, że jeszcze raz mogę z innej jakby strony temu wszystkiemu się przypatrzeć. 

No a jutro sobota i pracownia:))) 

Idę spać, bo  raniutko muszę wstać, żeby ze wszystkim się wyrobić. 

Dobrego weekendu dla Was wszystkich!

23:16, taniatoja
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 stycznia 2017

Właśnie skończyłam czytać b. ciekawą książkę, więc dzielę się przemyśleniami "wokół tematu".

"W poszukiwaniu istoty czasu" Ruth Ozeki, to książka z której możemy się dowiedzieć wiele  na temat kultury Japonii, historii tego kraju i sytuacji gospodarczo- społecznej, a w końcu  religii.

Cała historia opowiedziana jest dwutorowo: jeden wątek dotyczy  Ruth- młodej kobiety, mieszkanki Kanady, której rodzina (podobnie jak samej autorki) ma korzenie amerykańsko- japońskie. Opowiada ona o znalezieniu pamiętnika dziewczyny o imieniu Nao, przenoszącego nas z kolei w zupełnie w inną rzeczywistość, bo związaną z życiem japońskiej nastolatki. 

O istnieniu tej osoby Ruth dowiaduje się dzięki pisanemu właśnie przez dziewczynkę pamiętnikowi, który wraz z innymi znaleziskami, dociera po Tsunami do wybrzeży wyspy, na której mieszka. Z jej to zapisków dowiaduje się o szczęśliwym dzieciństwie, które dziewczynka spędza w Stanach Zjednoczonych w Sunvaille ( tzw. Zagłębie Krzemowe), gdzie żyje otoczona dostatkiem dzięki ojcu, który jako utalentowany programista pracuje w jednej z bardziej znanych na rynku firm.  

Niestety na skutek min. totalnego krachu gospodarczego pan. Haruki traci pracę, a wraz z nią całe oszczędności jakie lokował  w obligacje upadłej firmy. Jako totalny więc bankrut wraca z rodziną do Tokio, gdzie próbują od nowa ułożyć sobie życie. Niestety rzeczywistość nie jest dla nich łaskawa. Po długim okresie bezrobocia popada w depresję nie mogąc zapewnić rodzinie utrzymania i jak wielu ponoć w tych czasach Japończyków wpada na pomysł odebrania sobie życia. Dwie próby samobójstwa okazują się jednak nieudane co czyni go w oczach zbuntowanej nastoletniej córki jeszcze bardziej żałosną istotą.

Nie, Naoko Haruki nie jest bynajmniej istotą bez serca, ona sama podobnie jak ojciec cierpi, ale znosząc przemoc fizyczną i psychiczną fundowaną jej na co dzień przez rówieśników z klasy. Niestety dziewczynka przybyła z kraju, z którego kulturą (jakże odmienną od rodzimej) b. mocno się utożsamia, ma problemy z akceptacją przez rówieśników, a jej słabe wyniki w nauce (min. na skutek słabej znajomości języka) tylko pogłębiają jej niskie poczucie wartości. Nakręcanie  scen znęcania się nad ofiarą i wrzucanie tego do neta, by cała szkolna społeczność miała potem ubaw, licytacja zakrwawionych majtek dziewczyny po pierwszej menstruacji w sieci, czy też w końcu nakręcenie filmiku z jej sfingowanego pogrzebu- to codzienne praktyki uczniów szkoły, do której Nao uczęszcza. Debilizm do "entej"potęgi!

I tu przyznam się zaciekawiła mnie refleksja samej autorki o okrucieństwie młodych Japończyków- pokolenia animy i mangi, jak można by, generalizując oczywiście, ich określić. Gangi dziewczyn na motocyklach wzorujących się na swoich kinowych bohaterach to wcale ponoć nie rzadki widok. Zastanawiam się, czy rzeczywiście te literackie i filmowe wzorce mogą mieć tak zły wpływ na młodzież, bo przecież i u nas jest cała masa fanek i fanów tej japońskiej subkultury. Wystarczy jednak popatrzeć na twarze bohaterów tychże animacji, by dać sobie odpowiedź; choć problem, moim zdanie, jest  o wiele głębszy. 

Coś na ten temat wiem, bo Starsza w licealnych czasach przez krótki czas uległa tej modzie i wybywała chociażby na tzw. Japonikony, gromadzące młodych (i nie tylko!) z takimi zainteresowaniami. Potem zaczęła się fascynacja koreańskimi dramami i fala pooooszła! Na szczęście wraz z e studiami kontakty ze środowiskiem zanikły.

Ale wracając do książki i samej Nao. 

To, co dziewczynce przywróciło po traumatycznych przejściach spokój ducha to wyprawa z prababcią Juzo do jej klasztorku i nauka jak starowinka to dowcipnie określiła nabywania- "superpower"- techniki wyciszenia i skupienia się na danej chwili, czyli praktyka "zazen" . Sama Jazo to b. ciekawa i barwna postać. Po tragicznej śmieci jedynego syna (,który jako student w czasie II Wojny św. zostaje siłą wcielony do tzw. oddziałów specjalnych sił powietrznych-kamikaze) goli głowę i wstępuję do klasztoru zen,by poświęcić się za popełniane przez jej naród i ogólnie wszystkich ludzi zbrodnie i nauczyć się trwania w pokoju. Widząc jej autentyczność Nao nie tylko pokocha nie znaną sobie do tej poru prababcię, ale też odkryje w sobie fascynację drogą Zen i buddyjską praktyką współodczuwania ze wszystkimi stworzeniami. Piękny i głęboki fragment książki. 

Te wszystkie zapisane w pamiętniku wspomnienia zaczynają żyć jakby swoim życiem na oddalonej setki kilometrów wyspie, gdzie czyta je Ruth powiązane ze stosunkowo niedawnymi wydarzeniami jak "11 września" czy Tsunami i awaria elektrowni Fokuszima Niesamowite figle płata jej wyobraźnia, gdy oglądając bez końca na monitorze komputera relacje z zawalenia się wież World Trade Centre, w wypadających z okien ludziach widzi  syna mniszki Juzo również spadającego ze swoim samolotem w wody Pacyfiku.

I tu kolejna śmiała niespodzianka autorki: kłania się teoria fizyki  kwantowej i istnienia w tym samym czasie różnych rzeczywistości i przestrzeni, która ponoć zazębia się z filozofią Zen! Naprawdę bardzo ciekawa sprawa i chociaż nie mam umysłu ścisłego obiecuję sobie zając się tą sprawą :)

No, to żebym nie zaczęła za bardzo filozofować tą późną porą mówię Państwo teraz DOBRANOC ;))

23:12, taniatoja
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Aż trudno uwierzyć, że zaledwie tydzień temu bawiłam się na  Sylwestrze i tanecznym krokiem weszłam w ten Nowy Rok! To było naprawdę bardzo udane zakończenie Starego Roku i powitanie jego następcy:)

W pierwszy dzień, czyli dokładnie w zeszłą niedzielę, siadłam sobie za to z moim magicznym zeszytem  i żeby było "czarno na białym"  spisałam wszystko za co jestem wdzięczna w kontekście zeszłego już roku. Taaak, tak jak myślałam- to był dla mnie b. dobry rok! I rzeczywiście mam w sercu wiele wdzięczności za to, co nowego i ubogacającego wniósł on w moje życie! 

Dobrze to sobie było jeszcze raz unaocznić. Ostatnio gdzieś na fb znajoma wrzuciła fajny pomysł, by "założyć sobie" taki "słoik szczęścia", do którego będzie się przez cały rok wrzucać karteczki z pomyślnymi dla nas wydarzeniami. Otworzyć go będzie można i zrobić sobie miłą niespodziankę dopiero na zakończenie roku:)

Dziś jeszcze zainspirowana tutejszymi wpisami siadłam i dopisałam stronę z lekturami jakie przeczytałam w starym roku. Nie będę tutaj jednak jej kopiować, bo raz: że jest tego trochę, a dwa że o kilku najważniejszych wspominałam już we wcześniejszych wpisach. I tak pierwszą książkę bodajże o jakiej  na początku minionego roku pisałam było "Migdałowe Drzewo" a ostatnią "Pasja życia". Obie cudowne lektury- jedna na dobry początek, a druga na zakończenie roku. 

Nie mogę jednak nie wspomnieć o książkach, które naprawdę wywarły na mnie  duży wpływ i przełożyły się jakoś na moją codzienność, a były to na pewno: "Chata"Younga,  Droga Artysty"J. Cameron i "Filozofia F**k it" Parkina. Niezłe zestawienie, nieprawdaż?;) 

Tak naprawdę to ostatnią książką jaką przeczytałam w zeszłym roku była ta: "Pan Bóg nigdy nie mruga" R. Brett,  o której zadajsie tylko wspomniałam tutaj. Recz na pewno warta przeczytania, a dla mnie kolejna do wzbogacenia mojego zestawu "the best":)

Pierwszy tydzień stycznia upłynął mi w nielicznych wolnych chwilach pod znakiem równie ciekawej lektury, dość egzotycznej zresztą.  bo napisanej przez japońską pisarkę, a jednocześnie kapłankę zen Ruth Ozeki- "W poszukiwaniu istoty czasu". Polecam. 

To tyle jeśli chodzi o kwestię czytelnictwa:) 

To, za co jednak jestem najbardziej wdzięczna ( do czego zainspirowały mnie min. wspomniane książki) to odważenie się na bycie "artystą" (poprzez udział w programie "zacznij two- żyć" i wszystko co z tego wynika, min. działania w pracowni, ale także w końcu "dopieszczanie siebie"( czego wcześniej kompletnie nie umiałam), no i oczywiście praca! 

Tak, tak: tu, po kilku nowych (i jednym b. trudnym doświadczeniu zawodowym) wreszcie mogę z ręką na sercu powiedzieć, iż mam wrażenie, że w końcu znalazłam swoje miejsce! I wiecie co? nie żałuję, żadnych zmian miejsca pracy, bo każde takie doświadczenie było dla mnie b. ubogacające, a przede wszystkim wszystkie one sprawiły, że teraz potrafię jak nigdy docenić i cieszyć się miejscem, w którym jestem.

Zdajsie, że dobrnęłam do właściwego portu i pora zacumować :)

To, co daje mi największą satysfakcję w tym fachu, to pewnie indywidualna rewalidacją, choć i zajęcia w klasie też przecież dają całe morze do popisu. Jest na pewno co robić, a jak jeszcze jest współpraca z innymi nauczycielami no i rodzicami to już tylko się cieszyć:) Także  juro na ten przykład cała warta i gotowa z entuzjazmem ruszam do pracy:)

A teraz siedzimy sobie w domku i delektujemy się jeszcze ciepłą szarlotką. Połowa miała być do wspólnotowej kawiarenki, ale jako że dziś nie mam dyżuru nie bardzo chce mi się kolejny raz na takie zimno wychodzić. Rodzinka się za to cieczy bo więcej będzie dla nich;) 

Okey,niech im tam będzie; dzisiejszy wieczór spędzimy w domku łasuchując przy domowym kinie:) Dziś grają "Ukryte piękno";) Miałam wybrać się na to do kina, ale chyba na razie nie da rady. 

Do południa wychodząc do córki i nie tylko nacieszyłam oczy białą i dziś u nas słoneczną zimą, ale wieczorem kiedy jest ciemno mój entuzjazm do wychodzenia już jest znacznie mniejszy. 

Wieczór w zaciszu domowym też jest cool, co nie?;)) 


17:45, taniatoja
Link Komentarze (8) »
sobota, 31 grudnia 2016

Wczoraj w ramach wędrówki szlakiem nadodrzańskich kawiarenek umówiłam się z koleżanką w Cafe Bema:)

 Aga podzieliła się ze mną min. przeżyciami z wyjazdowych  warsztatów dla kobiet doświadczających w swoim życiu wielu  zranień. B. ciekawa, ekumeniczna zresztą inicjatywa i rzeczywiście inspirujący program. Fajnie, że takie rzeczy mają miejsce, bo myślę że jest wielka potrzeba żeby kobiecie w dzisiejszej zabieganej rzeczywistości, a jeszcze często obarczonej niełatwą przeszłością, dać wsparcie.

Wymieniłyśmy się też ciekawymi lekturami. Ja odebrałam przeczytaną już przez koleżankę "Chatę", a ona w zamian pożyczyła mi R. Brett "Bóg nigdy nie mruga". Już czytam i b. mi się podoba:)

Nie o tej lekturze jednak, jak domyślacie się po tytule, chcę tutaj jednak mówić. Ostatnio przypomniałam sobie "Pasję życia"- niesamowita opowieść o niezwykłym życiu wybitnego malarza Vincenta van Gogha. Zaznaczam od razu, ze wpis ten nie będzie żadną recenzją, ale jedynie luźnymi refleksjami związanymi z tą książką. Przyznam się też od razu, ze zupełnie inaczej czytało mi się ją za czasów studenckiej, a zupełnie inaczej teraz po "drodze artysty", gdy sama drobnymi krokami próbuję swoich sił w malarstwie. 

Po przeczytaniu tejże lektury jeszcze mocniej zaczynają docierać do mnie treści- prawda słów Julii Cameron, które omawialiśmy w czasie spotkań "twórczego grona". Szczególnie zapadła mi w pamięć np. taka oto sentencja: "Paradoks twórczego odrodzenia polega na tym, że poważnie zaczynamy traktować siebie mniej serio"...i to co tworzymy, trzeba by od razu dorzucić.

I to jest rzeczywiście kluczowe jeśli chce się uprawiać sztukę i  nie wpaść, jak Van Gogh po prostu w obłęd. I nie chodzi tu w cale o jakiś generalnie niefrasobliwy stosunek do życia. Wręcz przeciwnie: właśnie dlatego, ze jest ono takie ważne warto o siebie zadbać. A co to oznacza: ono traktować całe swoje życie,( a więc pracę wychowanie dzieci, uprawiany sport, czy inne hobby) jako sztukę i proporcjonalnie na miarę swoich możliwości rozkładać siły. A w praktyce oznacza to, ze jeżeli nawet odkrywam w sobie pasję do uprawiania sztuki, to nie rzucam zaraz pracy, czy innych swoich obowiązków i nie mówię do dzieci:" idźcie się bujać bo matka tworzy", tylko wtedy kiedy mogę , na ile czas mi pozwala nie zaniedbując tego, z czego żyję (bo póki co, sorry, ale jeszcze nie z malarstwa;)).

Generalnie chodzi też o to, żeby sztuka dawała nam radość, by była dla nas po prostu frajdą! 

Bo można oczywiście jak wielu malarzy dać się zwariować i jak chociażby Vincent przez naście lat być na garnuszku brata poświęcając wszystkie siły i czas jednemu, tylko że ta nieumiejętność utrzymywania ( fiksacja- jakby to psycholog powiedział- na temacie) w życiu proporcji może faktycznie zaowocować kompletnym szaleństwem (rozstrojem nerwowym), bo człowiek w końcu nie wytrzyma presji, którą sam  na siebie nałożył w dążeniu chociażby do doskonałej formy. Sama teraz wiem jak rzeczywiście wyczerpujące jest nieraz techniczne udoskonalenie jednego bodaj szczegółu obrazu, gdy musisz nad jakąś pierdółką ślęczeć godzinami, a jeszcze  i tak wychodzi nie tak jak byś  chciała. Co wtedy zrobić? Ano nie zadręczać się, nie wpadać w obłęd, ale nabrać właściwego do tematu dystansu. Mi pomaga np. zamiana aktywności: wychodzę pobiegać, czy na spacer i zresztą, o dziwo, wtedy przychodzą mi najlepsze- najbardziej twórcze pomysły! Ten dystans a nie "pałowanie się" z tematem jest   naprawdę konieczny dla utrzymania psychicznej równowagi.

To może tyle, żeby nie zagadać tematu, choć właśnie praktyka  anie teoria stoi za tymi refleksjami.

Dla mnie UWAŻNOŚĆ i OPTYMIZM jest tym co najlepiej pozwala postrzegać ŻYCIE po prostu jako SZTUKĘ. Wniosek jaki stąd płynie jest prosty: wszyscy jesteśmy artystami i tylko musimy zachwyciwszy się dziełem Stwórcy dać się ponieść jego twórczej fali:) A jeżeli to dzieło, umówmy się, nie zawsze nas zachwyca to z reklamacjami najlepiej udać się nie do kogo innego jak do samego Twórcy:)

O tym właśnie min. teraz czytam we wspomnianej na początku lekturze. Modlitwa pt "niech to wszystko szlag" wspomniana przez autorkę i solidna kłótnia z Najwyższym naprawdę  przynosi skutej oczyszczający i naprawdę nie musimy się swojego gniewu rzuconemu Mu w twarz obawiać. Jedyny warunek jaki on Ci postawi to szczerość, no i ważne jest czy rzeczywiście chcesz się czegoś od mistrza nauczyć, czy tylko obstawać przy swoim.

Te ostanie  refleksje, na które sobie tutaj pozwalam nie wyniosłam wcale z wspomnianych lektur, ani nawet z "twórczej drogi", ale są one moim osobistym doświadczeniem, zbieranym na różnych drogach latami. 

I na koniec muszę Wam szczerze wyznać, że poznając kolejną ścieżkę wiodącą do odkrycia prawdy kim jest Najwyższy Artysta, jestem pod coraz większym wrażeniem Jego pomysłów- tak wielu różnych ubogacających nas dróg.

Moja młodsza koleżanka określiła wczoraj pożyczoną przeze mnie lekturę jako momentami "słodko pierdzącą" (skądinąd b. dobre określenie dla wielu pobożnych lektur:), mam jednak nadzieję, ze moje tutejsze wywody nie odbierzecie w taki właśnie sposób:)

a jeśli nawet to "f....it" (czytaj przedostatni wpis;))

Ja i tak Wam na Nowy Rok życzę właśnie tego :

byśmy potrafili z uwagą i troską pochylać się nad każdym przejawem życia i być,(  każdy na swoim odcinku), jak najbardziej kreatywnym artystą  zajmującym się sztuką, którą jest samo życiem

Ściskam Was mocno i lecę dokonać ostatniej przeróbki koronkowej czarnej, którą sprawiłam sobie właśnie na tegorocznego Sylwestra 

Dobrej zabawy także i  dla Was!

15:16, taniatoja
Link Komentarze (5) »
środa, 14 grudnia 2016

 

Pod tym obrazoburczym tytułem kryje się całkiem fajna książka Johna C. Parkina, która stała się jednym z hitów naszego z Drogi Artysty grona. Tak się składa, że b. nam ta filozofia pasuje, co nieraz raczyłyśmy wyrazić w bardziej swojskiej formie;)

Ta urocza, pełna humoru lektura rzeczywiście stała się w wielu sytuacjach jakby naszym mottem i nieraz śmiałyśmy się, że może kreatywność nie do końca się z tym kojarzy, a jednak;).

Może, żeby przybliżyć Wam o co chodzi parę słów z okładki:

" Jeśli jesteś zestresowany, spięty, niespokojny i cierpisz na manię nieustannego kontrolowania- potrzeba ci solidnego kopa- powiedz "pieprz to!". Bez skrupułów, wbrew terminom i oczekiwaniom innych rozsiądź się wygodnie.....rozkoszuj się tą niezwykłą chwilą relaksu i spokoju i poczucia prawdziwej wolności. Dzięki temu uświadomisz sobie, że wszystkie sprawy, którymi się tak przejmowałaś, to zwykłe błahostki".

...i dalej: "Mówiąc "pieprzę to", uwalniasz się od czegoś, co zazwyczaj sprawia ci ból.Mówiąc "pieprzę" przestajesz słuchać innych, a zaczynasz słuchać siebie. Mówienie "pieprzę to" to przeżycie duchowe, przestajesz się opierać poddajesz się naturalnemu rytmowi samego życia".

No i jak Wam się taka filozofia podoba?

Powiem, że na mnie działa naprawdę uwalniająco, choć tak na serio niektóre pomysły z książki traktuję z przymrużeniem oka- nie wszystko kupuję. 

Dziś np. przeczytałam tu słowa, które są naprawdę  "w punkt". Chodzi o dietę. Posłuchajcie tego fragmentu: "Napisano już wiele o dietach, ale trudno uwierzyć w ich wpływ na człowieka. Ludzie pożerają informacje o dietach, równie łapczywie jak pokarmy, które według książek o odżywianiu nie są dla nich wskazane. Cóż,  nadszedł czas by pieprzyć dietę. Wszystkie książki o dietach są bezużyteczne i wydając je, niszczy się tylko lasy. Wyrzuć więc wszystkie takie pozycje do pojemnika na recycling i zsadź drzewko. Właściwie to zasadź drzewo owocowe,a potem zjedz owoce, które ono wyda.Dzięki temu schudniesz trochę i oddasz światu przysługę"

I jak Wam się podoba?:)

                                                                               ***

A co poza tym?

Właśnie zamierzam odpocząć po pracy i oglądnąć sobie "Złe mamuśki". Dziś udało mi się przygotować fajne dekoracje na kiermasz i jestem z siebie b. dumna:) Należy mi się więc odpoczynek, so pieprzę wszystko i idę się dopieścić:) Zamierzam zeżreć sama całą czekoladę z peanut butter (moja ulubiona) i dobrze się bawić. (dobrze się skała bo córka się zdrzemła a mąż jeszcze w pracy). 

I to na razie tyle. Mam nadzieję, ze niedługo pochwalę się jakimś swoim dziełem:) Na razie zdradzę tylko, że znalazłam cudowną pracownię, która w każdą sobotę staje się moim drugim domem i naprawdę uwielbiam tam przebywać. 

Z małych radości jeszcze te: ostatnio dziewczyny podrzuciły mi ciekawe przepisy, więc są i kulinarne eksperymenty:) Na Święta będzie jak znalazł!

Także tak to. 

Pozdrawiam Was b. serdecznie i lecę na  domowe kino;)


20:01, taniatoja
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 listopada 2016

 Patrząc na wystawiany w kościołach w dzisiejsze święto ( i w związku z wczorajszymi wydarzeniami w Łagiewnikach) obraz Chrystusa Króla zastanawiam się czy my wszyscy wierzymy aby w tą samą boską osobę. Przyznam się że ten Pantoktator z insygniami władzy kojarzy mi się bardziej z jakimś władcą absolutnym z tradycji bizantyńskiej.



 

A odnosząc się do wczorajszego aktu uznania Chrystusa za Pana i Króla przyznam się, że b.obawiam się tego tryumfalistycznego nurtu w Kościele, bo historia jasno pokazuje, że z łączenia królowania z władzą dla Kościoła (i nie tylko) wynikały same kłopoty. Jak widać historia lubi się powtarzać, bo niektórzy do dziś nie rozumieją na czym polegało królestwo założone przez Jezusa i jakim on był królem.

Na pewno nie był on władcą sprawującym swe rządy w stylu absolutnym (kimś odległym a jednocześnie surowym), ani też nawet zwykły królem ziemskim (przed taki pojmowaniem swej roli przestrzegał nawet swych uczniów). Wyraźnie mówi, że jego królestwo przekracza nasze rozumienie, bo nie jest przede wszystkim tylko rzeczywistością ziemską. 

Jeżeli mowa już o wyobrażeniach Jezusa, to dla mnie jasne jest, że  znacznie bliższy prawdy jest jego wizerunek znany jako Ecce Homo (Oto Człowiek) Br. A. Chmielowskiego.

 

 

Tak, może niektórym  to się nie podobać, ale nasz Pan jest właśnie taki- nieopływający w luksusy i wynoszący się ponad maluczkich, ale wręcz utożsamiający się z każdym człowiekiem, a zwłaszcza tym odrzuconym, chociażby z powodu swojego ubóstwa. 

Kto tego nie rozumie nie rozumie istoty Ewangelii.

A jak to się ma do pojmowania swej roli przez ludzi kościoła- czy władza to dla nich też przede wszystkim służba? Czy raczej nie są (przynajmniej niektórzy) naśladowcami Chrystusa z obrazu intronizacji odzianego w złoto i purpurę, do którego zwykły śmiertelnik nie miałby nawet śmiałości podejść? 

Takie to dość smutne refleksje snują mi się po głowie w związku z ostatnimi wydarzeniami.

                                                         

                                                                                  ***

A co poza tym słychać u Tani?

Jak widzicie ostatnio nie jestem tu częstym gościem, choć Was staram się odwiedzać i nawet komentować:)

No cóż,  przyznam się, że rzeczywistość tak mnie pochłania, że nie znajduję na zapiski tu ani specjalnie chęci ani czasu. Poza tym pewnie weny zwyczajnie, jak to się mówi brak. 

Przyznam się, że bardziej aktywna jestem na FB, gdzie udzielam się w zamkniętym grupie Twórczego Grona, która to droga wciąż przyprawia mnie o zdumienie i zachwyt.

To tyle, bo jutro mam hospitację i muszę jeszcze podszlifować scenariusz.

Serdecznie Was ściskam i do usłyszenia!

 

22:33, taniatoja
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67