RSS
niedziela, 24 kwietnia 2016

....czyli kolejna Europejska Noc Literatury już za nami.

W tym roku w różnych ciekawych miejscach mogliśmy wysłuchać fragmentów dzieł Szekspira.

Z  10 spotkań tym razem wybrałam tylko cztery stawiając głównie na aktorskie duety, a tym samym nie tylko na czytania, ale na samą grę właśnie.

Numerem jeden było dla mnie zdecydowanie spotkanie z "Romeem i Julią" w wykonaniu Doroty Segdy  i Andrzeja Nowickiego. Pani Dorota okazało się b. współczesną wersją Julii, bowiem na jej czerwone szpilki i małą czarną z odważnym dekoltem nie jeden Romeo był się zapatrzył;) Bardzo się cieszę, że miałam też okazję po raz pierwszy zobaczyć (niedostępną na co dzień) salę Starej Giełdy, która stanowiła uroczą scenografię tego występu.

Kolejnym ciekawym miejscem czytelniczego spotkania, tym razem naszego rodzimego aktorskiego duetu, była znana chyba wszystkim Wrocławianom Aula Leopoldina, gdzie E. Skibińska razem z B. Porczykiem czytali fragmenty "Otella".

I tu fantastyczne były zwłaszcza, jak dla mnie, improwizacje pana Bartka na fortepianie i jego popisy wokalne.  Zdecydowanie najmniej ciekawy był natomiast w  moim odczuciu występ M. Pakulnis i J. Chabiora czytających w Muzeum Architektury "Makbeta". Przyznać jednak i tu trzeba, że niski-b.męski głos pana Chabiora wcielającego się w rolę mordercy, przyprawiał o dreszcze.

Z "solówek" zdecydowałam się natomiast jedynie na p. M. Cielecką, którą  b. lubię i koniecznie chciałam zobaczyć po prostu "na żywo":) I tu zawodu na pewno nie było. 

Jeszcze po powrocie dokończyłyśmy z córką domowe kino, a w nim filmik Woodego Alena "Zakochani w Rzymie":) Dziś natomiast mamy w planie "Sponsoring" M. Szumowskiej.

A co poza tym? 

Dziś jako, że za dużo już nie łazikuję,  rozwijam się (jak co weekend)  kulinarnie, a  po południu mam nadzieję skończyć ciekawą lekturę, tzn. "Podróż ku nieskońconości"opowieść żony Hawkingsa o jej niełatwym  życiu u boku sławnego męża. 

To tyle, bo trzeba jeszcze wyjść i poświętować Dzień Pański:)

Dobrej niedzieli Wam wszystkim!

09:37, taniatoja
Link Komentarze (7) »
wtorek, 19 kwietnia 2016

....czyli pyskata z panną "nic nie wiem", jak ją ochrzcili rodzice.

O kim  mowa? A o moich byłych chlebodawczyniach z niepublicznej placówki. Właśnie  wróciłam z rozprawy przed sądem pracy, gdzie mieliśmy proces w z mojego powództwa. Rezultat- zawarta ugoda, wg. której panie będę mi musiały tytułem odszkodowania beknąć kilka tysiączków, choć  nie tyle niestety ile początkowo zgodnie z prawem się domagałam.

Panie i tak widać były jednak w szoku, że je pozwałam, bo na mój mocno w prawie osadzony pozew odpowiedziały widocznie w jedyny dla siebie tak możliwy, acz tak absurdalny sposób (oskarżając mnie o rzeczy, które oczywiście nie miały miejsca, czego z łatwością dowiodłam), że nawet sędzia zwrócił im na początek rozprawy uwagę, że ich pomysł na wybronienie się nie ma prawnie żadnej racji bytu. Czysty absurd!

Śmiech na sali i jednocześnie przerażenie, że można ratując własną skórę  rozmyślnie aż tak kłamać! I takie osoby- o tak karłowatym etosie, co od początku było zresztą widać chociażby w relacjach jakie wprowadziły w placówce (stara metoda "dziel i rządź w pigułce") i sposobie jej zarządzania) biorą się za tworzenie szkoły i zarządzanie edukacją! Niesamowite!

I tu apel: uwaga rodzice!

przed oddaniem dzieci " w ręce" prywatnej szkoły dobrze sprawdźcie kim są osoby, które nią zarządzają. Niestety,  praktyka jest taka, że mało kto o to pyta. I potem są problemy, bo okazuje się, ze taką placówkę mogą prowadzić (zarządzając nią jako dyrektorzy!) osoby, które na oświacie zupełnie się nie znają. 

W tym wypadku ich nieznajomość tematu i niewywiązywanie się z umów zawieranych z rodzicami ( w których to obiecywały oczywiście złote góry,  a w praktyce oferowały połowę obiecanek)  zaowocowało tym, że na chwilę obecną  mają o połowę mniej uczniów niż na starcie i budżet pęka w szwach. Wobec tego szukając oszczędności trzeba było zwolnić pracownika i zatrudnić tańszą siłę. Polityka pieniądza jest bezlitosna. Za własną głupotę trzeba jednak płacić, choć mam wrażenie że panie należą tu do wyjątkowo odpornych na wiedzę- czyli tych co nawet na własnych błędach nic nie są się w stanie nauczyć. 

Skarga do  kuratorium od rodziców, moja i dalej buta i brnięcie w zaparte. Jak to jednak ocenił mój mąż (biorący udział w rozprawie jako "publiczność" na sali, panie mają buractwo wypisane na twarzy, a po kimś takim trudno spodziewać się jakiejkolwiek refleksji.

Dlatego suma sumarum, choć mogłam nie mieć nic a dzięki temu, że się postawiłam na koncie mogę mieć znacząco więcej, to i tak jestem stratna (chociażby o historię z  awansem-3 lata  pracy w plecy). Panie natomiast i niestety wyszły z rozprawy i tak zadowolone, bo pewnie nie spodziewały się tak dla siebie i tak łaskawego wyroku. Gdyby nie sugestia sędziego prącego do ugody i zachowanie prawnika pewnie byłabym za tym, żeby stuknąć je na bardziej dotkliwą kwotę. Człowiek jednak nie ma w takich sytuacjach doświadczenia i to się niestety zemściło. 

Ponieważ w taki sposób panie mnie jednak potraktowały nie zamierzam na tym co uzyskałam poprzestać. Uważam że trzeba zrobić wszystko, żeby takie osoby traktujące szkołę jak  swój prywatny biznes przekonały się, że nie można ludźmi pomiatać (i to ani nauczycielami ani rodzicami), bo jednak w szkolnictwie obowiązuje jakiś etos. I gdyby chodziło tylko o mój interes- słowo daję, że sprawę bym odpuściła, ale jeżeli ktoś na tylu frontach popełnia gafę za gafą i jeszcze odpowiedzialność za to próbuje zrzucić na innych to wybaczcie, ale jestem przekonana, że dla dobra "ogółu" trzeba zrobić wszystko, żeby jednak zmieniły branżę. 

No, a juto znowu do pracy- czyli powrót do o wiele bardziej przyjaznej i mniej toksycznej niż poprzednio rzeczywistości. 

Z mieszanymi uczuciami, ale także z satysfakcją z tego co uzyskała pozdrawia Was więc

Tania:)


14:06, taniatoja
Link Komentarze (7) »
piątek, 15 kwietnia 2016

No i mamy na szczęście długo wyczekiwany koniec tygodnia. Niestety przywitał on nas kolejny raz deszczem. Pewnie z powodu takiej aury, tudzież całotygodniowego przeciążenia (, a także- przyznaję wypitego piwka;) dziś po południu padłam dosłownie jak kawka. Po godzinnej drzemce wstałam jednak jak "młody bóg" i stwierdziwszy, że przed nocą trzeba się jeszcze dotlenić, założyłam adidaski i poszłam sobie po deszczu polatać;) Nie wiem jak to jest, ale jak jest słoneczna pogoda nigdy nie chce mi się jakoś biegać.

Teraz wysuszywszy się nieco, poczytałam sobie zakupione właśnie gazetki, które mówią o obchodzonej właśnie rocznicy państwowości/ chrztu Polski. Myślę sobie, że warto przy takiej okazji odświeżyć temat.

Praca

Ponieważ dzieciaki wyjechały w tym tygodniu na tzw. zieloną szkołę, spotykałam się z moim uczniem w trybie indywidualnym. Pracowity to był i generalnie dobry dla nas czas, także ze względu na spotkania z mamą i gronem pedagogicznym. Zupełnie inna zdaje się tu być atmosfera niż w poprzedniej placówce. Sama życzliwość wokół można by powiedzieć, więc pracować naprawdę aż się chce i człowiekowi wyrastają skrzydła. Przy okazji serce rośnie kiedy widzę zaangażowanie rodziców mojego podopiecznego, bo wiem, że generalnie dzieci niepełnosprawne są często zaniedbywane. Jeszcze nie będąc oligofrenopedagogiem uczyłam dzieciaki z oddziałów integracyjnych i niestety takie przykre miałam spostrzeżenia. Dlatego tym bardziej jestem pełna podziwu zwłaszcza dla mamy chłopca, która pracuje z nim pewnie w każdej wolnej chwili.                                                                                      Od przyszłego tygodnia wraca jednak już klasa, więc czeka nas powrót do normalnej rzeczywistości.

 Agata Duda i aborcja

No i trochę polityki też będzie. 

Na szczęście sprawa ewentualnej zamiany "ustawy aborcyjnej" na razie przycichła Dziś jednak przeczytałam wypowiedź na ten temat Andrzeja Dudy, która mnie b. podbudowała. Otóż nasz prezydent dostrzegł, że choć aborcja jest złem (tego chyba dziś nikt już nie neguje), to jednak jest to problem nie tylko związany z dzieckiem, ale i z kobietą, która nosi je w swoim łonie. W taki razie i jej zdrowie trzeba by także wziąć pod uwagę. No właśnie! Dlatego mam głęboką nadzieję, że i episkopat i inicjatywa obywatelska, od której to wszystko się wzięło (nie od Pis-u, uprasza się ten fakt dostrzec), nie będzie nadal naciskać nad zmianą dobrej wg. mnie poprzedniej ustawy.

To tyle, ale jak temat znowu wypłynie pewnie będę musiała, się tu bardziej rozwinąć;)

Przy okazji aborcji prezydent wspomniał też o swojej małżonce krytykowanej  ostatnio za brak odpowiedzi na list posłanek proszący pierwszą damę o ustosunkowanie się do tej kwestii. Pan prezydent stwierdził, ze jego żona ma pełne prawo nie angażować się w politykę i prosił, by uszanować tę jej niezależną decyzję. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że prezydentowa angażuje się w różne działania charytatywne min. związane z edukacją (szkoda, że jakoś o nich cicho) i to wystarczy. Powiem tak: pewnie, że pierwsza dama nie musi czynnie uczestniczyć w polityce (zwłaszcza gdy przypomina ona bardziej walkę partyjną), ale wydaje mi się, że w tym wypadku, watro by jednak było, żeby Agata Duda nie zasłaniała się mężem ani rzecznikiem i sama właśnie jak niezależna osoba odpowiedziała na list adresowany w końcu do niej. Nie musiałaby w nim, moim zdaniem, nawet ustosunkowywać się do tematu, ale po prostu wyrazić swoje zdanie: napisać, że nie chce się w politykę angażować. Taka postawa byłaby pewnie lepiej odebrana niż milczenie, bo ono sugeruje zwyczajnie lekceważenie (albo lęk przed wyrażaniem swojego zdania) co wizerunkowi pierwsze damy pewnie nie służy.

Głosowanie na cztery ręce

Wczoraj stracił w moich oczach polityk, którego do tej pory szanowałam. Tłumaczenie się przez Konrada Morawieckiego, że nic w sumie złego nie zrobił, bo choć jego czyn był  przestępstwem, to był moralnie usprawiedliwiony, jest jak na polityka tej klasy po prostu żenujący. Posłanka Zwiercan zaliczyła jeszcze większy odlot twierdząc, że nie wiedziała iż tak nie można! Ludzie kochani, kto nas tam reprezentuje, skoro posłowie nie wiedzą tego, co dla wielu zwyczajnych obywateli jest oczywistością. Faktycznie, że czasami naszemu sejmowi bliżej do cyrku niż do szanującego się organu władzy

cud?

Ostatnio jak czytamy w komunikacie episkopatu, w Legnicy miało miejsce wydarzenie, które (podobnie jak to sprzed kilku lat w Sokółce) "nosi wszelki znamiona cudu". Podobnie jak tam tak i tu w parafii św. Jacka kapłanowi podczas komunii upada na na podłogę hostia. Tak  jak to się w takich wypadku dzieje zostanie ona umieszczona w specjalny kielichu, gdzie po jakimś czasie pojawiają się na niej czerwone przebarwienia przypominające tkankę. Hostia przez dwa lata jest badana przez niezależne instytucje chociażby sądowych (zajmujących się kryminalistyką) histopatologów, którzy stwierdzają, ze jest to fragment poprzecznie prążkowanego mięśnia sercowego istoty ludzkiej, która znajduje się w agonii. Takie sam werdykt padł onegdaj w Sokółce w Lanciano, Orvieto i kilku jeszcze innych miejscach tzw. cudów eucharystycznych na całym świecie. 

Powiem szczerze, ze mnie ta informacja głęboko porusza i wzrusza. I pewnie po to takie rzeczy zresztą się dzieją. Może zamiast, mniej lub bardziej pobożnie chrupać od czasu do czasu komunikanty przyjdzie nam teraz do głowy, że tak naprawdę podczas każdej mszy św. wydarza się cud i w czasie przeistoczenia ten maleńki opłatek staje się rzeczywiście ciałem i krwią Jezusa. Niesamowita sprawa i dobrze to sobie raz na jakiś czas (dzięki taki właśnie wydarzeniom) uzmysłowić.

No, zrelaksowałam się tu troszeczkę to teraz pora na domowe kino. Trzeba się tylko jeszcze umyć i wskoczyć pod kołderkę:) 

No i jeszcze przytulaski by się przydały. Napracowała się tania, to chyba się należy, nie?;)

                                                               

21:23, taniatoja
Link Komentarze (9) »
niedziela, 10 kwietnia 2016

No i mamy kolejny deszczowy dzień- strasznie jakiś przygnębiający ten weekend.

Wczoraj trochę poprawialiśmy sobie humor oglądając fajną komedyjkę z Julią Roberts i Tomem Hanksem "Lary Crowne- uśmiech losu". Doskonała obsada no i dobrze generalnie zagrany temat. Taki lekki przyjemny filmik. 

Lekturę natomiast mam nieco bardziej ambitną, bo przypominam sobie Tischnera "W krainie schorowanej wyobraźni"- cykl wykładów, artykułów z lat 90- tych, ale jakże bardzo pasujących do obecnej sytuacji w Polsce. 

No właśnie.... i tu znowu robi się człowiekowi ciężko na sercu, więc może pominę ten temat. Na szczęście w tygodniu jestem tak zajęta (i przejęta:) nową pracą tudzież spotkaniami z prawnikiem (przed zbliżającą się rozprawą), że nie mam głowy, by za bardzo na ten temat myśleć.

Dziś jednak jest niedziela a do tego wiadomo- smutna rocznica, więc trochę śledzimy co się dzieje chociażby w Warszawie oglądając TVN Info i Republikę. 6 lat temu byliśmy tam z przyjaciółmi przeżywając wszystko z bliska i te wspomnienia są we mnie wciąż bardzo żywe. 

Przy okazji oglądając od niedawna znów (choć głównie weekendami ) telewizję uświadamiam sobie jaka zmiana zaszła w tej instytucji. Nie do pomyślenia, bo jeszcze jakiś czas temu niemal na wszystkich kanałach (z wyjątkiem dosłownie kilku) obowiązywała ta sama narracja, a teraz nawet radio RMF FM wyemitowało rozmowę z wdową po T. Mercie, co dawniej byłoby nie do pomyślenia! 

I to by było na tyle.

Trzeba się zbierać, bo dziadek już czeka z ciachem, a potem być może uda się znajomym wyciągnąć mnie  na "Marsz Milczenia" (może, bo jestem z natury  oporna w stosunku do takich imprez).

Do usłyszenia , mam nadzieję, że  przy bardziej wiosennej aurze:)

16:35, taniatoja
Link Komentarze (8) »
sobota, 02 kwietnia 2016

No i od wczoraj pracuję na pełnym etacie. Gdyby nie oczywista szkoda finansowa, mogłabym śmiało powiedzieć, że ta drastyczna zmiana wyszła mi na dobre. I to nie tylko ze względu na miejsce pracy, ale i jej charakter.  

Kurcze i wiecie co.....kiedy tak sobie siedzę na lekcji pomagając swojemu niepełnosprawnemu uczniowi widzę, (obserwując  prowadzącą lekcję nauczycielkę) jaka piękna jest ta nasza profesja:) Ile rzeczy i jak ciekawie można dzieciakom powiedzieć. To nie jest zresztą dla mnie żadne odkrycie, bo zawsze kreując Maluchom na ich miarę skrojoną rzeczywistość czułam się trochę jak czarodziej- artysta;)

Teraz jednak patrząc na to nieco z boku po prostu nie mogę się oprzeć takiemu wrażeniu.

A nie tak dawno jeszcze pracując na pół etatu i myśląc o dorobieniu o mało nie wpakowałam się w totalnie durne zajęcie. Ja to dobrze, że jestem jednak  tu, gdzie jestem:)

Czy wiecie co to takiego Call Center? Tak, tak- ja też mniej więcej wiedziałam, ale dopiero jak na własne oczy zobaczyłam na czym ta robota polega dotarło do mnie jak odmóżdżająca może być praca. 

Wystarczyło mi na to przez kilka minut popatrzeć, zadać pracodawcy parę pytań i zwiałam dosłownie gdzie pieprz rośnie nie doczekawszy spotkania rekrutacyjnego:) Dwie sale przekrzykujących się ludzi i skaczący za ich plecami (zagrzewając niby do boju) pajac - normalnie makabra! stanowczo nie dla mnie takie zajęcie. W porównaniu z czymś takim praca w szkółce jest czymś wręcz niebywale kreatywnym, bo prowadząc lekcję w pewnym sensie jestem sama sobie "sterem i okrętem", bo to ode mnie samej zależy jak potraktuję temat.

Cieszę się teraz, że to nowe doświadczenie (praca z niepełnosprawnym) stało się moim udziałem i tak sobie myślę, że warto w tą stronę podążać. Jakoś tak się ostatnio w moim życiu pewne fakty poskładały, że mam teraz wrażenie, iż w końcu dotarłam jakby do zawodowego przeznaczenia.

                                                                   ***


Czytam sobie też teraz przepiękną książkę (pierwszy raz tak o thrillerze moge powiedzieć) "Barwy ciszy"Rosamund Lupton, która opowiada o pełnej niezwykłych przygód podróży matki z głuchą córką na Alaskę, gdzie zaginął jej mąż- dokumentalista, kręcący przyrodnicze filmy. Urocza, poetycka opowieść o tęsknocie za bliskością, która popycha kruchą- delikatną kobietę do niemal heroicznych czynów. Czytając naprawdę momentami mrożące krew w żyłach opisy tej niebezpiecznej podróży zadałam sobie pytanie, czy gdybym ja była na miejscu Ruby potrafiłabym ratując córkę z wielu opresji znaleźć w sobie aż tyle odwagi. Przeraża mnie sama myśl, że mogłabym nie dać rady- ulec różnym lękom i nie stanąć na wysokości zadania. Niestety  strach związany z zagrożeniem życia może być paraliżujący, choć z drugiej strony potrafi wyzwolić w człowieku siły, o które sam siebie by nie podejrzewał. 

Takie smutne refleksje przeplatają się jednak z zachwytem nad pięknem opisywanej podbiegunowej przyrody, ale też tajemniczym światem głuchoniemej nastolatki, potrafiącej niesamowicie intensywnie przeżywać i nawiązywać pozawerbalny kontakt z tym, co ją otacza. Dla niej każde słowo jest kształtem, z którym je utożsamia, a nie dźwiękiem, co zresztą potrafi pięknie wyrazić poprzez specjalny program komputerowy Magic Voice. Jednocześnie dziewczynka realizuje w tej arktycznej krainie swoją pasję redagując blog o Alasce, który to pomysł podrzucił przed zaginięciem jej ojciec. 

Nie wiem, czy chciałabym sama tę krainę podziwiać przebywając w temperaturze poniżej 20 st, ale na pewno marzy mi się, by zobaczyć na żywo zorzę polarną, bo uważam, że jest to najpiękniejsze zjawisko na naszej planecie!

Na razie zamiast wyjazdu na daleką Północ mam na jutro zaplanowane nieco mniej metafizyczne doznanie:) Wybieram się mianowicie na kolejny koncert Wrocławskich Kameralistów, których jestem wielką fanką!

A teraz przed nami jeszcze nocne kino:)

Dobranoc więc i dobrej niedzieli!

 

22:45, taniatoja
Link Komentarze (7) »
niedziela, 27 marca 2016

Refleksja niestety będzie b. gorzka, ale też nie pierwszy raz po rodzinnym spotkaniu taka się u mnie pojawia:

jak to dobrze, że oprócz rodziny ma się jeszcze przyjaciół!

 Niestety w tym roku nie mogłam wyjechać do rodziny  spoza Wrocławia. Niestety- bo pozostanie tutaj oznacza dla mnie  (pomimo obecności cioć i wujków) spędzanie Świąt samej(nie licząc oczywiście najbliższych).

Dlaczego tak jest- o tym za chwilę.

Kim są moi znajomi( jak okazuje się w takich jak dziś sytuacjach)- ludzie tak naprawdę bliżsi i bardziej życzliwi od tych, z którymi wiążą mnie więzy krwi? 

Poznaliśmy się najczęściej na studiach, ale potem każdy znalazł sobie inna "połówkę"no i towarzystwo się poszerzyło:) z czasem także o dzieci. Są wśród nas ludzie różnych profesji, poczynając od lekarzy a kończąc na księgowych ( nie umniejszając wcale tej profesji;)- także różnorodność duża. Jak się tak zastanowić, czemu nam do siebie tak blisko, to przychodzi mi do głowy jedna odpowiedź: wspólne wartości i pewnie szeroko pojęta życzliwość. 

Polityka nigdy nie jest w naszych domach ani na towarzyskich spotkaniach tematem godnym dłuższego debatowania, choć jakby kto pytał to tak- mamy zdecydowanie Pisowskie poglądy, nie uczestniczymy więc w chociażby w modnej dziś nagonce na rząd, a raczej go popieramy.

Nigdy nie byłam jednak świadkiem sytuacji kiedy ktoś z moich znajomych z pogardą by się wypowiadał o mających  przeciwne poglądy polityczne, wręcz przeciwnie widziałam nie jedną sytuację, gdy mimo różnic poglądów człowieka traktowano przyjaźnie nie robiąc żadnej różnicy ze względu na politykę. 

Taka postawa otwartości też jest mi bliska i dlatego do tej pory nie będąc zapraszana na spotkania wybitnie platformianej gałęzi rodziny, sama naiwnie szukałam kontaktu, organizując przy różnych okazjach spotkania. Tak było do dziś. Bo chyba po tych wszystkich latach potrzebowałam " zderzenia ze ścianą", by się przekonać, że to jest niereformowalna mentalność dla której "Pisowiec"oznacza zawsze nic innego jak- wróg. 

Wiedząc, że są między nami polityczne różnice nigdy nie podejmuję tego tematu, druga strona niestety jest tak zaangażowana w najazdach na Kaczory, że nie widzi tu żadnego problemu. Udawało nam się jednak w porę- zanim się zaczną kłótnie zejść z tematu  i znaleźć inny- sympatyczniejszy wątek. 

Nie wyobrażam sobie jednak by ktoś ze znajomych, czy przyjaciół mógł mnie potraktować w tak nieelegancki wręcz niegrzeczny sposób w jaki sama zostałam dziś potraktowana.

Mi by w każdym razie do głowy naprawdę nie przyszło, żeby odwrócić się do kogoś plecami głośno zaprosić pozostałą część rodziny na kolejne świąteczne spotkanie. Szczyt nietaktu, nieprawdaż? Dobrze, że moje dzieci tego nie widziały, bo musiałabym się za tę osobę mocno wstydzić.

Bardzo dobrze że taka scena się jednak wydarzyła, bo łuski opadły mi z oczu i od tej pory na pewno już nie będę się wygłupiać szukając na siłę kontaktu. Niestety rodziny się nie wybiera, a ta mentalność "kolesiostwa" (jesteś swój jak podzielasz nasze poglądy) i pogardy dla inaczej myślących jest w tym towarzystwie jak widać powszechna. 

Bogu naprawdę dziękuję, ze wyrwał mnie z "PO- wskiego klanu" i dał niezależne myślenie. 

Jutro więc całkiem świadomie zamiast świętować rodzinnie wybieram się z koleżanką do kina, z córą na spacer,  poczytam sobie książkę, a za rok na pewno wyjadę już do rodziny za Wrocław, bo tam znacznie więcej życzliwych dusz. 

Jak to dobrze mieć  wokół siebie i takich ludzi.

Boże chroń mnie od politykierów!

 


 

21:57, taniatoja
Link Komentarze (12) »
czwartek, 17 marca 2016

 No i Tania ma pracę, choć na razie tylko na 1/2 etatu. Tym razem wcielę się w oligofrenopedagoga:) W końcu podyplomówka mi się na coś przyda. Wciąż trzeba będzie jednak szukać czegoś jeszcze, ale początek jakiś jest. Popołudnia są  wolne, więc może uda mi się coś" na drugą zmianę" złapać. Na razie cieszę się z nowego doświadczenia. Dojazd mam dobry, dyrektorka (jak usłyszałam od pracującej tam koleżanki) jest naprawdę "w porządku", więc czego można chcieć więcej (oprócz pieniędzy oczywiście;)

Powiem, że najwyższa to pora dla mnie na podjęcie pracy, bo po dwóch tygodniach nieustannego wertowania ogłoszeń człowiek po prostu czuje, że zaczyna świrować

To teraz dla odmiany może coś o "korkach".

Ostatnia lekcja angielskiego z koleżanką i taki "smaczek":

A. uczyła się kiedyś niemieckiego, więc ma tendencję do wyraźnego wymawiania "r". Tłumaczę jej, że w angielskim "r" jest jakby nieme- nie wymawia się  go w taki sposób jak chociażby w naszym języku.

Czytamy kolejną czytankę i pojawia się wyraz "important"- ważny. Tłumaczę znów, że nie wymawiamy "r", więc wyraz powinien brzmieć  "impotent". A na to A: "Tak? a czemu on jest taki ważny jak już nie może?" .....i gadaj tu z taką!:)

Na koniec, gdy proszę, żybyśmy machnęły jeszcze podsumowujące ćwiczenie, słyszę" "Ty jednak masz faktycznie coś z belfra- lubisz tak człowieka przydupić, masz taką satysfakcję, nie?" No i co z taką kobitką zrobić?;)  Może chociaż synek, którego ma mi przed maturą podesłać okaże więcej subordynacji;)

Ten anannas też jest jednak wygadany, więc nie wiadomo.

I tak to.

 Ostatnio na cudownym koncercie spotkałam znajomą ze studiów, z którą jeszcze kilka lat temu (zanim nie wyprowadzili się z Wrocławia) miałam b. dobry kontakt. No i oniemiałam kiedy zobaczyłam jej dzieciaki. Dziewczynki- nastolatki od razu bym poznała: jednak skóra ściągnięta z matki, druga dokładnie z ojca, ale pierworodnego (też maturzysta) w życiu bym nie poznała. Nie dość, że przystojniak to jeszcze mądry, rozmowny, no i to czym mnie oczarował- niesamowicie opiekuńczy w stosunku do swoich młodszych sióstr! Jednym słowem starszy brat o jakim marzy chyba każda dziewczynka! No i ta dojrzałość- tak dzisiaj rzadka u chłopaków w tym wieku. Kiedy po powrocie do domu przekazałam starszej, że R. o nią pytał, od razy nabrała ochoty, żeby iść z nami za tydzień na koncert:)

Fajnie jest patrzeć jak dzieci nam rosną i "samodzielnieją"!

Ostatnio tak "z głupia frant" zagaiłam córkę dobrej znajomej na fejsie, czy nie zechciałaby do cioci wdepnąć, bo miałabym dla niej fajne ciuszki. Umówiłyśmy się po jej zajęciach i z przyjemnością podejmowałam tego wieczoru gościa słuchając kolorowych opowieści nie tylko o studiach, ale i o wakacyjnym wypadzie do Afryki, w którym dziewczę miało okazję uczestniczyć. A jeszcze nie tak dawno spotykaliśmy się rodzinnie na placyku, gdzie nasze maluchy wspólnie dokazywały. Jak ten czas leci! (zaczynam gadać jak moja śp. babcia;)

A w ogóle ostatnio nachodzi mnie więcej tego typu refleksji np.jeszcze taka: "jaki ten świat jest mały":)

Do której bym ostatnio, w ramach poszukiwania pracy, szkoły nie poszła- tam znajomi! A to koleżanka z jakiegoś szkolenia, a to z ogólniaka, a to z poprzedniej pracy. Śmiałyśmy się dzisiaj, że jak się pracuje przez 15 lat w tym środowisku to potem tak jest- gdzie się nie ruszysz tam cię znają. Dziś jednak wchodząc  do gabinetu lekarza medycyny pracy w zupełnie innym zakątku miasta zupełnie się już nie spodziewałam, że i tu zostanę zdekonspirowana:) Miłe są jednak takie spotkania nieraz po latach!

No i to tyle.

Nastała w końcu piękna wiosna, więc tania znów pomyka na rowerku:) 

A jutro i zebranie i pierwszy trening młodszej w klubie przed egzaminem do SMS. Mi też by się po zimie przydało zdecydowanie więcej ruchu. Tymczasem zapisałam się na mało dynamiczne wydarzenie: decoupagowe pisanki, choć jakaś to forma gimnastyki rąk jest;)

20:00, taniatoja
Link Komentarze (13) »
sobota, 12 marca 2016

Dziś pierwsze spotkanie naszej Sieci współpracy w edukacji. Bardzo dobra i potrzebna inicjatywa DODN skierowana do nauczycieli. Niestety, żyjemy w takich czasach, że musimy "być razem" i sami sobie dawać wsparcie, bo jeśli tego nie zrobimy to wkrótce (już to się właściwie dzieje) zaczniemy być "dzieckiem do bicia" nie tylko dla pracodawcy, ale i dla rodzica i dla  ucznia.
Mądre powiedzenie "szanuj samego siebie jeśli chcesz, aby inni cię szanowali" jest i w tym wypadku jak najbardziej w cenie! 
Podrywanie autorytetu nauczyciela, to dziś niestety norma. Coraz częściej np. dyrektor w konflikcie swojego pracownika z rodzicem (i to niezależnie od racji) bierze stronę tego drugiego w myśl pewnie powiedzenia: klient nasz pan. Co więcej, do raportu przed rodzicem potrafi panią postawić samo dziecko, chociażby kilkulatek skarżący się mamusi na swoją nauczycielkę w jej obecności. Takich praktyk jest dziś cała masa i naprawdę uważam, że aby przetrwać ogromną presję jakiej są poddawani nauczyciele muszą się skonsolidować.
Jeśli to się nie uda za kilkanaście lat zostaną w tym zawodzie tylko ludzie odporni psychicznie co niekoniecznie musi oznaczać "troszczący się o dobro dziecka", bo tych wrażliwych może po prostu powalić stres. 
Coraz częściej dziś  zresztą słyszy się powtarzane stare porzekadło: "obyś cudze dzieci uczył"- i niestety staje się ono nie tylko złowieszczo brzmiącym hasłem, ale i samospełniającym się proroctwem (co pokolenie- sytuacja w szkole wygląda dramatyczniej). 
 I tak to jest.
W związku z powyższym oraz swoja zawodową sytuacją, tania serio rozważa możliwość zatrudnienia w zupełnie innej branży. 
Czas jednak pokaże co z tego wyjdzie, bo na razie jest we mnie nieuleczalna  (chyba) chęć robienia z dziećmi różnych fajnych rzeczy.
Nie stawiam tych spraw jednak wyżej ponad swoje zdrowie i sytuację rodzinną, bo obce dzieci zawsze sobie poradzą, a moje bez silnej mamy już niekoniecznie.
Mimo ostatnich trudnych sytuacji jest we mnie sporo energii i wiary w przyszłość, co pewnie w dużej mierze zawdzięczam wsparciu życzliwych osób, które mnie otaczają. Jeszcze raz się przekonuję jak ważne w życiu są przyjaźnie.
Jedna z koleżanek zapisała się u mnie właśnie na "korki z anglika":) To moje pierwsze zlecenie i mały kroczek na drodze wyjścia z bezrobocia:)
Tak się fajnie złożyło, że uczelnia na której pracuje mieści się przy mojej ulicy i szefostwo łaskawie wyraziło zgodę  na nasze spotkania w jej kantorku, po pracy. Ponieważ znamy się jak łyse konie (od piaskownicy naszych dzieci) pierwsza lekcja wyglądała tak, że ja starałam się ambitnie podejść do sprawy, a kumpelka co i rusz podrywała mi skrzydła. Zaczęło się od stwierdzenia, że muszę się z tym pogodzić, ale ona nie będzie poza naszą wspólną nauką niczego powtarzać, utrwalać , bo po prostu nie ma na to czasu. "Masz do czynienia z klasycznym językowym tępakiem"-stwierdziła i "i musisz temu stawić czoła". "Okey"- odrzekłam, "ale musisz mieć świadomość małej efektywności takich metod uczenia". Cały jednak mój wywód temu zagadnieniu poświęcony został spuentowany sentencją: " Wiem, że jesteś belfrem, ale nie krzycz na mnie!
I gadaj tu z taką;))   Czy ktoś jednak powiedział, że nauka znajomych ma być prosta??
No więc sami widzicie jak tania sobie dzielnie radzi;) Na chlebek już sobie zapracuje, teraz jeszcze by się przydało go czymś posmarować;)
......
Chyba czarny humor mnie ogarnia- wybaczcie.

                                                                      ***

 
Chciałabym jeszcze pokrótce opowiedzieć Wam o dwóch książkach, które ostatnio przeczytałam. 
Pierwsza  to "Chan al-Chalili" niezwykła powieść Nadżiba Mahfuza- jedynego jak dotąd arabskiego pisarza nagrodzonego Noblem. Powiem tak: nigdy nie przebrnęłabym przez pierwsze ok. 130 stron, na których praktycznie nic się nie dzieje, gdyby nie cudowny język, którym autor opisuje wewnętrzny świat Amheda- głównego bohatera powieści. W przeciwieństwie do bezbarwnego życia jakie ten czterdziestoletni kawaler wiedzie, jego wnętrze, choć chore (bo naznaczone wieloma kompleksami min. chorobliwą nieśmiałością w stosunku do kobiet) wydaje się czytelnikowi być bardzo bogate.
 Akcja natomiast drugiej części książki toczy się już znacznie bardziej wartko. Pojawia się w niej bowiem młodszy brat Ahmeda- Raszdi, który jest całkowitym przeciwieństwem swojego brata. Jak nikt potrafi on korzystać z uroków życia, niestety dając się jednak ponieść swoim dwóm słabościom: kobietom i hazardowi. Kiedy chłopak w końcu się wyszumi i  zapragnie ustatkować się u boku pięknej dziewczyny,  śmiertelna choroba niczym kara za grzechy młodości, wkroczy w jego życie. Niestety zwyciężając chęć życia nie pozwoli mu  ona na realizację marzeń. 
Zagłębieni w historię rodziny naszych braci poznajemy jednocześnie klimat arabskiego społeczeństwa czasu II wojny Św. Egipt znajduje się na szlaku wojennej krucjaty Hitlera, przy czym część społeczeństwa widzi w nim agresora a część sprzymierzeńca wspólnych idei. Mimo raz bliższych, raz dalszych dział wojennych mieszkańcy starej egipskiej dzielnicy Chan al- Chalil starają się żyć normalnie. Nieobce są im rozrywki, upodobania do zabaw, towarzyskich spotkań, ale także duże poszanowanie dla tradycji religijnych i tych rodzinnych.


Druga książka- "Kat miłości" znanego psychoterapeuty Irvina Yaloma to niejako zapis wybranych terapii jakie w swojej bogatej praktyce odbył on  z pacjentami przeżywającymi (na skutek różnych życiowych zawirowań) tzw. "ból egzystencjalny". 
Piękna opowieść o tym jak można mądrze pomóc osobie potrzebującej uzdrowienia po to, by uporać się z tym co nas w życiu skutecznie blokuje.

To jest po prostu niesamowite jaki trzeba brutalnie mówiąc odwalić nieraz kawał roboty, żeby dokopać się do  bolesnych chociażby przeżyć, które przez lata zakopywaliśmy stosując różne mechanizmy obronne. 
Okazuje się, że każdy z nas (nawet największy twardziel) zdolny jest do takiej introspekcji jeśli tylko czuje się do tego wystarczająco zmotywowany i dobrze "zaopiekowany" przez prowadzącego terapię. To jest naprawdę poruszające, co może się wydarzyć, kiedy  np. w średnim wieku facet, który już niejednego w życiu doświadczył i (wydaje się mu nawet że ma za sobą względnie uporządkowaną przeszłość) zaczyna stawiać kroki na  drodze w głąb siebie. Nawet by pewnie nie przypuszczał, gdzie ta droga może go zaprowadzić. Niby ma już w życiu wszystko sprecyzowane, a tu się okazuje, że można i w tym wieku doświadczyć zupełnie nowej jakości życia! Wspaniała sprawa! Zawsze mnie zdumiewa jaki potencjał nosimy w sobie, nieraz nawet o tym nie wiedząc!

Dlatego mimo bycia tu "niedowiarkiem"( sceptykiem wobec praktyk i metod niektórych terapeutów), naprawdę chylę czoła przed tą profesją. Nieraz jest ona niczym innym jak ratowaniem życia albo przywracaniem do niego na nowo. Wspaniała sprawa.

Posłuchajcie zresztą słów samego autora jakie zamieścił pod koniec jednego z rozdziałów, w którym opisuje losy terapii faceta uzależnionego od seksu, a jednocześnie zmagającego się z rakiem. W czasie terapii pomógł mu nauczyć się patrzeć na kobietę nie tylko jako na obiekt pożądania, ale też  umożliwił mu  trening w praktyce zapraszając go na terapię grupową. To, co usłyszał od uczestniczących w nim pań, które najpierw potraktował w znany sobie sposób, stało się dla niego bezcenną lekcją. Mądre natomiast prowadzenie terapeuty sprawiło, że był w stanie zamiast ciągłego zgrywania "macho" przyznać się w końcu do choroby i nawiązać z nimi głębsze, przyjacielskie relacje. Te doświadczenia z koli całkowicie przewartościowały jego dotychczasowe myślenie.

A oto jak sam Yalome o tym pisze:  "Dla mnie jego największym darem są słowa jakie wypowiedział przed śmiercią. Gdy odwiedziłem go w szpitalu był tak słaby, że prawie się nie poruszał. Na mój widok podniósł jednak głowę, uścisnął mi rękę i wyszeptał: "Dziękuję. Dziękuję Ci za to że uratowałeś mi życie".

Czyż takie słowa mogą nie poruszyć?


20:47, taniatoja
Link Komentarze (8) »
środa, 09 marca 2016

Jak już wspominałam, ostatnimi czasy tania nie mogąc patrzeć na siebie w lustrze powzięła myśl o wizycie u fryzjera. Niestety, okazało się, że moja fryzjerka zmieniła gabinet i teraz musiałabym jechać do niej prawie przez pół miasta. Przypomniałam sobie jednak o reklamie nowo otwartego salonu, którą widziałam w pobliżu. "Strzyżenie bez zapisów w cenie 25 zł".

Jako, że tania chwilowo bez pracy i musi się trzymać za kieszeń, pomyślałam- to mi pasuje:) 

Bez wahania więc zrobiłam owe "dwa kroki" i otwierając drzwi salonu  usłyszałam: "zdrawstwujtie", którym przywitała mnie właścicielka salonu. Okazało się, że  pracują tam 4 Rosjanki + jeden facet (tej samej narodowości oczywiście). "Fajnie"- pomyślałam nadarza się okazja do nawiązania braterskiej przyjaźni;)

Jako, że "pa ruski" to ja prawie ni w ząb (jedynie zrozumieć coś potrafię), zapytałam głośno artykułując każdy  wyraz: ile będzie trzeba czekać? Na to młoda dziewczyna odpowiedziała mi że jakieś "dwadcat minut". Nie jest źle"- pomyślałam. Zaryzykuję.

Patrząc jednak jak "mojej pani" robota idzie, szybko naszła mnie myśl, by się czym prędzej z owego przybytku ewakuować. Zagryzłam jednak wargi i przez następne, niestety pół godziny z przerażeniem obserwowałam jak klientka przede mną z namaszczeniem jest przez fryzjerkę "fiokowana"- jeden lok-ok. 5 minut! "Dobrze, że ja bez modelowania"- próbowałam się sama pocieszyć. Z tych niewesołych refleksji wyrwał mnie kolejny klient. "Hello!"- tym razem w drzwiach usłyszałam:) 

Oo, robi się coraz ciekawiej- międzynarodowo nawet:) Chłopaczek przy wyjściu zagaił:" czy ktoś tu mówi po angielsku?" Okazało się , ze panie fryzjerki nie, natomiast jedna z klientek zaproponowała swoje translatorskie usługi. Przez następną chwilę  tania z podziwem przysłuchiwała się jak dziewczyna swobodnie "spika" z chłopaczkiem "in English", apotem z równą swobodą "gawarit"  z pracowniczkami "pa ruski". Uspokojony, że ma tłumaczkę, facet zasiadł w końcu w fotelu i poprosił żeby go ścięte krótko, ale nie na łyso:) Dziewczyna wytłumaczyła Rosjaninowi o co chodzi i ten wziął w swoje ręce maszynkę do golenia. I tu się zaczął horror! Przez najbliższe minuty wszyscy z napięciem patrzyliśmy co ten  młody człowiek wyczynia, będąc z każdą chwilą bardziej przekonani, że zdaje się mieć to skomplikowane narzędzie po raz pierwszy w ręku. Klient widząc w lustrze nasze przerażone miny z niepokojem jeszcze raz zwrócił się do swojej tłumaczki, czy aby strzygący dobrze zrozumiał zalecenia. Po krótkiej wymianie zdań fryzjer załapał zdajsie, że coś robi nie tak i zmienił ostrze maszynki. Robił to zresztą jeszcze kilkakrotnie, w efekcie czego z każdej strony biedny klient miał jakby inną długość. Nie muszę chyba mówić, że oglądających to widowisko  cała sytuacja zaczęła mocno bawić, zwłaszcza powaga naszego mistrza, który mimo tragikomicznej sytuacji utrzymywał niezmiennie pokerową minę. 

"Młody" natomiast postanowił najwidoczniej podejść do sprawy z poczuciem humoru, więc po zakończeniu całej operacji wyraził i owszem- zadowolenie, podziękował translatorce za pomoc i z radosnym" buy"and "see you" opuścił wesoło lokal.

Tymczasem nadeszła tani kolej, bowiem wyfiokowana niewiasta zwolniła jej w końcu miejsce. "W imię Ojca i Syna"- się jej pomyślało- "co to teraz będzie?! Zachciało Ci się babo  oszczędzać na głowie, to teraz się módl.":)

W połowie po polsku, w połowie po rosyjsku udało nam się z dziewczyną ustalić jaka ma być oczekiwana przeze mnie fryzurka.

Przez następne chwile bacznie obserwowałam poczynania fryzjerki, by w końcu (o dziwo)  się uspokoić, nabrawszy przekonania, że o dziwo-  jestem w dobrych rękach:) Przed końcem tejże operacji miałam jeszcze jedną okazję, by podziwiać kolejne dzieło naszego mistrza Czarusia.

Szur, krzesło obok mnie się odsunęło i w lustrz okazał się kolejny załatwiony klient. To, co teraz zobaczyłam dopiero miało mnie wprawić w osłupienie. "O jezuuuuniu!"- nie powiem komu się wyrwało;) Śmiech gruchnął po sali. Facet tym razem zrobiony dosłownie na skinheada z uśmiechem mnie uspokoił: "nie no, tak miało być":) i zwrócił się do Czarusia z kciukiem do góry "Really,  great....thank you very much!".

No proszę i kolejny klient wychodzi zadowolony:)

Ostatnią zadowoloną jaką pamiętam byłam zdajsie ja;)

I mówię całkiem serio. Ścięto mnie naprawdę b. dobrze. Każdemu więc mogę polecać ten "mieżdunarodnyj" zakład:D

 

Gdyby niektórzy nie zaczaili dowcipu: to był typowy komizm sytuacyjny, trudny niestety do oddania piórem;)

Nie martwcie się- z tanią wszystko w porządku. Następny wpis będzie już poważniejszy, bowiem udało mi się w ostatnich dniach przeczytać dwie ciekawy lektury.

....aaaa i jeszcze może coś wspomnę o wczorajszym babskim Dniu Kobiet:) Taką fajna imprezkę też mogę śmiało  polecać!

22:43, taniatoja
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 marca 2016

Wczoraj obejrzałam oscarowy "Spotlight" i faktycznie- to fantastyczny film! Bogu dzięki za dziennikarzy, którzy przerwali proceder krzywdzenia dzieci przez panów w sutannach. Aż nóż się otwiera w kieszeni na takie skurwysyństwo. Tak, wiem- mocne słowa, ale to trzeba nazwać po imieniu, bo to są zranienia, które siedzą w człowieku nieraz przez całe życie. Co więcej tu nie ma różnicy między tymi, którzy się z dzieciakami "zabawiali" i tymi na wysokich stanowiskach, którzy ich kryli- taka sama to zbrodnia. Chwała więc dziennikarzom, którzy ten "system" rozwalili. 

U nas też by się przydało wyplenić draństwo, tylko że o wiele lepiej wyszedłby na tym  K-ł gdyby sam się oczyścił. Jako praktykująca katoliczka, dla której Kościół odgrywa b. ważną w życiu rolę, tego bym właśnie oczekiwała.

Od wczoraj też próbuję się rozerwać czytając "Dożywocie"Marty Kisiel. Fajna książeczka, dorwana kolejny raz  dzięki tutejszej rekomendacji czytelniczej:)

I to by było na tyle dobrych wieści.

Tak naprawdę czuję się  f a t a l n i e.....tak jak chyba dawno się nie czułam. Od wtorku jestem bez pracy, którą straciłam z dnia na dzień. Najpierw szok i chyba skok adrealiny sprawił, że się spięłam i dałam radę zrobić to, co powinnam. Uruchomiony łańcuszek życzliwych osób zadziałał błyskawicznie także tania dzięki temu przez kilka dni np. nadrobiła ogromne braki w znajomości prawa. Okazuje się, że taka wiedza bywa b. przydatna.

To niestety do końca nie rozwiązuje problemu, np. z nowym zatrudnieniem, bo pracy w oświacie w tym momencie akurat jak na lekarstwo. Być może skończy się więc zasiłkiem z Pośredniaka, choć zrobię oczywiście wszystko żeby takiego wariantu uniknąć.

Teraz, kiedy emocje opadły i czuję jak, począwszy od rana (dosłownie od wstania z łóżka), zaczyna toczyć mnie rak depresji. Przez kilka dni zeżarł mi kolejne 3 kilo i teraz nawet spodnie 36 zaczynają na mnie wisieć. Normalnie DRAMAT!

Poczucie osamotnienia i bezradności w znoszeniu tego ciężaru jest po prostu straszne. Wiem, że mam wokół siebie życzliwych ludzi, ale nie chcę być emocjonalnym ciężarem i wieszać się na kimś ze swoim nieszczęściem.

No właśnie- już mam przekonanie, że nawet tu powiedziałam za dużo, a to czego szczerze nienawidzę to właśnie  marudzenia.

Wybaczcie więc tani, ale potrzeba wyrzucenia z siebie tego przygniatającego syfu, okazała się silniejsza. Lepiej chyba tu niż zawracać komuś głowę w realu.

09:46, taniatoja
Link Komentarze (14) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67