RSS
niedziela, 28 lutego 2016

Wczoraj oglądnęliśmy sobie doskonały film- nareszcie! 
"Księga ocalenia" Garego Witta z fantastycznym Denzelem Washingtonem w roli głównej to naprawdę pod każdym względem mistrzowskie kino! Dawno nie widziała tak dobrze zrobionego filmu- po prostu dech  zapiera. 


 

Co do lektury zaś to też nie narzekam, bo po ok 10 latach wróciłam do "Oskara o Pani Róży" i nadal jestem pod wielkim wrażeniem. Dobra- głęboka i mądra książka. Erica E. Schmitta przeczytałam prawie wszystko co jest na naszym rynku dostępne i książka, którą obecnie czytam tylko potwierdza, że jest to dla mnie zdecydowanie "numer jeden"!

Wczoraj natomiast oddałam do biblioteki "Opactwo Świętego Grzechu", polecane prze jedną z blogerek i również znalazłam tu ciekawy wątek o niespełnionych kobiecych pragnieniach, rodzinnym dramacie- zdradzie i przebaczeniu. To po "Sekretnym życiu pszczół" kolejna warta przeczytania książka Sue Monk Kidd.

                                                            

                                                                                ***

 Teraz o rzeczach nieco bardziej przyziemnych.

Wczoraj przed południem wybrałam się z córką na zakupy. Zamiast kupić dziecku buty (niestety nie udało się znaleźć tych właściwych) mama kupiła sobie spodnie i upatrzyła s w Berschce płaszczyk (przeceniony o 40 %). Przymierzając obie rzeczy ze zdziwieniem stwierdziłam, że chyba zmalałam, bo zamiast 38 pasuje na mnie teraz rozmiar 36! Tak więc obie córki mnie już przegoniły:)

Dobra, "gadu gadu" a zapiekankę z soczewicy, która się piecze w piekarniku, trzeba by już wyłączyć. Dziś obiadek nastawiłam wcześniej, bo zaraz wychodzimy do Dominikanów, a potem na wystawę w Rynku.

Przed chwilą też dostałam od kolegi zaproszenie na występ jego żony, która wieczorkiem będzie śpiewać Kantyki Jeremiasza.

Tak więc jak  się zmobilizuję czeka mnie jeszcze wieczorem koncert:)

To na razie i życzę udanej niedzieli!:D



10:46, taniatoja
Link Komentarze (8) »
sobota, 20 lutego 2016

Tytułowe pytanie jest, jak się pewnie domyślacie, związane z kolejną książką, o której miałam tu napisać.

"Ostatnie pięć dni" do debiut powieściowy J.L. Tenner.  Akcja książki  podobnie jak poprzedniej   toczy się jakby dwutorowo: z jednej strony ukazując historię kobiety, która w wieku czterdziestu  dwóch lat odkrywa u siebie nieuleczalną chorobę, a z drugiej wrażliwego młodego mężczyznę, który pragnie dla pewnego dzieciaka być ojcem adopcyjnym. Ja zajmę się tutaj tylko tym pierwszym wątkiem.

 Obserwując u siebie postępujące objawy HD Mara do tej pory tzw. kobieta sukcesu postanawia sama wytyczyć kres swojemu życiu. Ta niezwykle aktywna i osiągająca na polu zawodowym same sukcesy prawniczka, a także matka i szczęśliwa żona nie potrafi pogodzić się z tym, że przestaje panować nad swoim życiem. Przeraża ją perspektywa bycia skazaną na pomoc innych, a moment odejścia z pracy, w której do niedawna spędzała całe dni, jest zdajsie tym który rozpoczyna zjazd po równi pochyłej.

Co jednak jest niesamowicie ważne: Mara nie jet typową businesswoman, bez reszty zaangażowaną tylko w pracę. Tworzy z Tomem naprawdę b. dobry związek i czuje się szczęśliwa jako adopcyjna matka pięcioletniej dziewczynki.

To mąż właśnie jako lekarz  zauważa pierwsze objawy choroby u Mary i namawia ją na wizytę u specjalisty. Potem na każdym etapie choroby jest wspierającym, czułym i naprawdę oddanym jej mężem. Każda pewnie kobieta chciałaby mieć u swego boku, zwłaszcza w trudnych chwilach, takiego mężczyznę. Mara doskonale zdaje sobie sprawę jaki wygrała los na loterii i jest niezmiernie wdzięczna za wszystko co mąż dla niej robi, nie tylko resztą on, ale i rodzice i  przyjaciółki, na które zawsze może liczyć.

Jednakże pomimo tego, a może właśnie dlatego, że nie chce być ciężarem dla najbliższych- kochanych osób, postanawia rozstać się z życiem, póki sama może jeszcze o czymkolwiek zadecydować.  Wyznacza więc sobie konkretną datę- dzień swoich urodzin i przez pozostałe do nich 5 dni aranżuje wiele sytuacji, spotkań mających na celu tak naprawdę pożegnanie. Robi to oczywiście w taki sposób, żeby nikt jej planów nie przejrzał. 

Tu cofając się niejako w czasie akcji warto wspomnieć o momencie gdy Mara chcąc zobaczyć co ją tak naprawdę czeka w przyszłości, dostaje się pod jakimś pretekstem do domu opieki, gdzie przebywają pacjenci w  końcowym stadium choroby, na którą ona sama cierpi. To co zostaje jej w pamięci to obraz kobiety na wózku, z którą właściwie nie ma już kontaktu, a odwiedzający ją mąż jedyne, co może zrobić to okrywać ją kocem, który ta ciągle i tak zrzuca na podłogę. Na to wszystko patrzy dwoje nastolatków ze słuchawkami na uszach, przymuszone zdajsie przez ojca do odwiedzin u matki, która teraz nawet ich nie poznaje. Dla Mary jest to tragiczny widok utwierdzający ją tylko w powziętej decyzji. Nie chce dla męża i dla dziecka takiej przyszłości.

Oczywiście- to można by zrozumieć. Kiedy czytam jednak fragment, w którym to  sprowokowany przez przykre zachowanie żony Tom po raz pierwszy wykrzykuje jej w twarz "nie mów mi czego pragnę i co jest dla mnie dobre!" (reakcja na słowa żony, że to co spotka go za kilka lat będzie naprawdę straszne) to zdaję sobie sprawę, że ten facet naprawdę wie co mówi. Może trudno uwierzyć w taką dojrzałość, ale jestem przekonana, że swoim odejściem Mara wyrządzi temu człowiekowi wielką krzywdę, że i on i dziecko będzie po prostu cierpieć. 

Czy można jednak licytować się cierpieniem. Wierzę Marze, że myśl o tym, co się z nią stanie w niedalekiej przyszłości może być przytłaczająca i nie do zniesienia, a jednocześnie zaczynam mieć do tej kobiety żal  za to, co chce zrobić swoim najbliższym.

Oczywiście to jest decyzja, której nie powinno się  w ogóle oceniać, ale takie są moje odczucia.

Może bliżej mi się robi do M. czytając przepiękne listy jakie zostawia Tomowi i małej Laks. Jest w nich chyba wszystko, co powinien zawierać tego typu list: wyznanie miłości i wdzięczność, za wszystkie wspólne lata, próba jakiegoś wytłumaczenia, przeprosiny za ból który m  sprawi i w końcu nadzieja, że oprócz złości i żalu z czasem pojawi się w ich sercach zrozumienie i jakaś serdeczna pamięć, której już nikt im nie odbierze. 


Straszne scenariusze nam nieraz pisze życie. 

We mnie książka ta zrodziła dwa ważne pytania, które zawarłam w tytule.

A Wy co o nich myślicie?


15:57, taniatoja
Link Komentarze (7) »

Dziś powrócę do tzw. kobiecej literatury, którą miałam okazję ostatnio poczytać dzięki akcji "Randka w ciemno z książką". Cieszę się, że była taka okazja, bo pewnie bez niej po tego typu książki bym nie sięgnęła. Tymczasem obie walentynkowe propozycje okazały się ciekawe i wartościowe. Myślę więc, że warto tu o nich parę słów napisać.

Pierwsza- "Podwójne życie Pat" autorstwa Jo Walton, to opowieść o życiu, którą snuje cierpiąca na demencję pensjonariuszka Domu Opieki. Staruszka raz pamięta, że była żoną Marka, z którym miała trójkę dzieci, a raz że żyła w lesbijskim związku osiągnąwszy do tego sukces zawodowy jako autorka przewodników po Włoszech.

J. Walton do końca swojej powieści trzyma nas w niepewności, nie podając rozwiązania, która z tych dwóch wersji jest rzeczywiście prawdziwa. Zabiera natomiast nas niejako w podróż do dwóch różnych światów pozwalając czytelnikowi na  własną ocenę, na której z owych dwóch dróg Patricia- główna bohaterka poczuje się szczęśliwsza.

To rozdwojenie jaźni w w podeszłym wieku może mieć wiązek nie tylko z chorobą, ale też z ważną decyzją, przed którą stanęła jeszcze jako młoda dziewczyna. 

Otóż jeszcze jako studentka Pat zakochuje się w starszym koledze- wydawałoby się  inteligentnym, ambitnym człowieku, z którym prowadzi ciekawe rozmowy, np. o literaturze, (którą oboje są zafascynowani) i filozofii. Oczarowani sobą  od pierwszego spotkania, wkrótce decydują się na zaręczyny, choć małżeństwo planują dopiero za kilka lat, kiedy Mark zrobi karierę naukową. Pat wyjeżdża do małej miejscowości, gdzie rozpoczyna pracę jako nauczycielka, a jej chłopak stara się na uczelni zdobyć upragniony stopień naukowy. Wkrótce jednak okaże się, że młody człowiek ponosi tu całkowitą klęskę. Wcześniej jednak, co warto zaznaczyć, przez rok pisze to Pat przepiękne listy, które sprawiają, że dziewczyna jeszcze bardziej się w nim zakochuje. Niestety przyszłość ma pokazać, że rzeczywisty Mark kompletnie różni się od tego którego zakochana Pat poznaje z listów. 

Już kiedy się wcześniej spotykali Mark sprawiał wrażenie faceta trochę z innej planety, poza rozmowami dotyczącymi jego zainteresowań (kiedy to błyszczał elokwencją) wydawał się być w relacji z Pat zagubiony, a nawet trochę sztywny, co jak dziewczyna podejrzewała  miało związek z jego protestantką wizją życia. W powojennej jednak rzeczywistości, takie porządkujące ten brutalny świat spojrzenie, wydaje się Partici nawet sensowne i w pewien sposób świadczące o dojrzałości jej wybranka.

Dziewczyna odsuwa więc od siebie wszelkie zrodzone w realu wątpliwości i stara się "wierzyć" w chłopaka, który pisze do niej płomienne listy. 

Pewnego dnia jednak Mark dzwoni do niej przyznając się do poniesionej podczas egzaminu klęski, co zamyka mu drogę do wymarzonej akademickiej kariery. Jednocześnie informuje swoją narzeczoną, że w związku  z powyższym następuje zmiana planów i ....zamierza ją poślubić "teraz labo nigdy". 

Dziewczyna ma więc nagle zadecydować, czy wyjść za faceta, którego prawie tak naprawdę nie zna, czy rozstać się z nim i tym samym pozwolić, by budowany przez ostatni rok ich wspólny domek z marzeń rozpadł się jak pudełko z kart. Albo więc podejmie ryzyko albo zostanie niejako z niczym i będzie musiała swoje plany na przyszłość budować od początku.

Niełatwa decyzja dla młodej kobiety.

Okazuje się, ze kobieta najlepiej zrobiłaby idąc za głosem swojej intuicji, bo wychodząc za Marka unieszczęśliwi siebie na długie lata, odzyskując zdolność do kontroli nad własnym  życiem dopiero będąc czterdziestoletnią kobietą i  matką trójki dzieci. Dopiero wtedy odkryje, że  ten sfrustrowany o purytańskiej wydawałoby się mentalności facet poniżający ją nieustannie przez lata małżeństwa, na domiar wszystkiego ją zdradza. Wtedy  znajduje w sobie siłę, żeby się rozstać. Teraz dopiero może stanąć nogi i żyć własnym życiem. Toksyczne więzi zostają zerwane i kobieta zaczyna się w końcu realizować wsłuchując się we własne pragnienia i ambicje. 

 

Zupełnie inaczej potoczyłoby się oczywiście jej życie, gdyby nie wyszła za Marca. Po początkowym rozdzierającym serce bólu rozstaniu, opłakaniu przeszłości i marzeń o wspólnym jutrze, kobieta odnalazłaby  szczęście w zupełnie nieznanym wcześniej sobie rejonie.

O tym jednak przeczytajcie już sobie sami....;)

 O drugiej książce opowiem już jednak w kolejnym "odcinku", bo  teraz proza życia wzywa:) Tania leci po sprawunki, bo za kilka chwil ma wybyć z córcią na tzw, drzwi otwarte do SMS.

Miejcie się dobrze- udanego weekendu!

10:09, taniatoja
Link Komentarze (3) »
niedziela, 14 lutego 2016

Dziś mamy bardzo ładny dzień- słoneczko świeci od rana i w powietrzu czuje się wiosnę. Ponieważ jestem meteoropatką taka aura sprawia, że mimo wszystko chce mi się żyć:)

Mimo, że ranek wyrwał mnie z prawdziwego koszmaru, (co w sumie rzadko mi się zdarza), mimo, że ten dzień wcale mimo swojego klimat nie zapowiada się  jakiś szczególny itp, itd. 

No to może jednak zmiana tonu.

Ostatnio stwierdziłam, że jakoś poważnie zrobiło się na moim blogu i trzeba by zarzucić jakiś lżejszy temat i tu muszę odwołać się do kreatywności, bo niestety codzienność mi w tym nie pomaga;)

Kończy mi się właśnie urlop i myśli już intensywnie krążą wokół tego co mnie od jutra czeka.

Po powrocie do pracy, mam np. tyle zaplanowanej roboty, że nie wiem, czy od tej 6.00 do wyjścia znajdę choć minutę, by usiąść na czterech... 

Dobra, ale nie będę się o tym rozpisywać. 

Czas leci tak szybko, że jestem przekonana, że nawet się nie oglądniemy a będzie Wielkanoc, potem jeszcze chwila i wakacje. Dla mnie jednak godziną w. będzie wcześniejsze zakończenie awansu no i po drodze masę związanych z tym zajęć (ale  tu cicho sza, bo od razu zaliczam spinę)

No i widzicie już po tych pierwszych zdaniach przez jakie muszę przechodzić zmagania- cała ambiwalencja sytuacji, w jakiej się znalazłam wychodzi jak na dłoni;)

                                                                                      ***

Wczoraj biorąc w bibliotecznej akcji walentynkowej "Randka w ciemno z książką",  z grona  pięknie przyozdobionych i opisanych lektur wybrałam sobie dwie. Jedną zaczęłam czytać jeszcze wczoraj i powiem, że to był dobry strzał!  "Podwójne życie Pat"to bowiem wcale nie jakieś płytkie romansidło, ale naprawdę dobra psychologiczna powieść. 

Czytając podwójne jak gdyby wspomnienie życia kobiety cierpiącej na demencję, obudziły się we mnie "stare demony" i kolejny raz niejako z  zaskoczeniem odkrywam, że rzeczywiście (jak ktoś mi tu kiedyś napisał ) drzemie we mnie feministka! Ogromną złość wyzwala bowiem we mnie wszelka (nie tylko męska, ale ta pewnie szczególnie) chęć dominacji. Taka jawna niesprawiedliwość budzi z kolei bunt i tak naprawdę wcale się nie dziwię tym kobietom, które w historii walczyły z męskim szowinizmem. Dzisiejszych ruchów feministycznych jednak nie popieram bo nie po drodze mi z osobami, które dołączyły do swojej ideologii i  manifestują wartości, które są mi obce, szukając wroga nie tam gdzie trzeba- o tak bym to ujęła.

 

....i takie to buty.

Moje dwie córy, widzę to dziś jak na dłoni, odziedziczyły po mamusi nazwijmy to pewną "waleczność", choć starałam się jak mogłam przekazać im, ze to kobieta ma być orędowniczką ciepła i poczucia bezpieczeństwa w domu. Widać dzieciaki nieraz widzą więcej niż byśmy chciały;)

 

Starsza na razie dzielnie walczy na niwie nauki i właśnie zaliczywszy wszystkie egzaminy w sesji wyrusza na zasłużony odpoczynek.  Młodsza natomiast zarekrutowała się do SMS i będzie musiała na egzaminie sprawnościowym dowieść, że nadaje się do klasy siatkarskiej. 

 

Ponieważ jutro czeka nas w szkole wiele walentynkowych atrakcji, to teraz pozwoliłam sobie ta nazwijmy to feministyczne walentynki;)

Przepraszam wszystkich w romantycznym nastroju, ale żeby nas wszechobecna dziś czerwień serc nie zaćmiła  a róż nie zemdlił- to tak na odtrutkę;)


 

 

 


 

14:21, taniatoja
Link Komentarze (11) »
środa, 10 lutego 2016

Żeby, tak jak ostatnio (przy temacie rozwodu), ktoś znów się nie martwił, że to o mnie chodzi, od razu wyjaśniam-: nie ja będę tego wątku wpisu bohaterką;)

 No, ale od początku.

Dziś mamy środę i aż nie chce mi się prawdę mówiąc  wierzyć, że tyle rzeczy można załatwić przez trzy dni, nie siedząc oczywiście po osiem godzin w pracy.  Nie będę się bawić oczywiście w wyliczankę, ale naprawdę b. się cieszę, ze tak się z zaplanowaną robotą uwinęłam. Jutro i w czwartek jestem na szkoleniu, więc tak sobie właśnie umyśliłam, że do środy mam czas na działanie.  Jeszcze tylko w programie autorskim zrobię  kilka drobnych korekt i i wieczorem odsyłam do zatwierdzenia.

Powiem Wam, że mimo iż nie jestem jak to zazwyczaj bywało o tej porze roku w górach , to i tak czuję się już wypoczęta. Wystarczy, że nie siedzę w hałasie i nie oglądam skaczących bez przerwy obok siebie "zielonych ludzików"i już mi lepiej;)

Oczywiście to nie to samo, co szaleć po stoku, ale jak się nie ma tego co się lubi to..... . 

No, ale do rzeczy.

Dziś wracając z k-ła spotkałam b. sympatyczną starszą panią,  którą znam jeszcze z czasów gdy moje dzieci były małe. "Co słychać u pociech?"-padło zwyczajowe pytanie. Dziś słysząc, że mała onegdaj Weronisia jest już tak naprawdę studentką, pani  z niedowierzaniem pokiwała tylko głową. Tak, tak- czas leci. 

Kiedy zapytałam co u niej z kolei słychać, dowiedziałam się, że mąż po wylewie od 6 lat już leży i jego stan jest naprawdę b. ciężki.

Zmartwiłam się jak sobie daje radę i czy ma w ogóle jakąś pomoc, a pani mi na to odpowiedziała, że była u niej jakaś opiekunka bodajże z Mops-u, ale chciała takiego wynagrodzenia, że niestety, nie mogła sobie na nie pozwolić. Paniusia owa pozwoliła sobie natomiast na sugestię, która moim zdaniem trącała bezczelnością. Zaproponowała mianowicie  (zupełnie nie znając sytuacji rodzinnej) by nasza pani podała dzieci o alimenty. Ta nie mało zdziwiona odrzekła, że nie ma takiego zamiaru, bo dzieci mają swoje rodziny, spłacają kredyty, a poza tym pomagają na ile pracując mogą. 

Tak sobie teraz pomyślałam, że nawet jeśli ta opiekunka autentycznie szukała jakiegoś rozwiązania, by starszej osobie ulżyć, to taka propozycja mogła być odebrana tylko jako gruby nietakt. Co innego, gdyby dorosłe dzieci zostawiły zupełnie w takiej sytuacji matkę na lodzie, ale wypalić coś takiego bez wcześniejszego zbadania sytuacji...!

Ja bym na pewno poczuła się taką sugestią dotknięta i nie omieszkałabym paniusi powiedzieć, co o jej propozycji sądzę.

No, ale cóż kolejny raz wyszedł z człowieka cynizm i gruboskórność.

Na szczęście znalazł się jakiś wolontariusz, który pomaga starszej pani.

Cieszę się także, ze pomimo takich problemów moją "znajomą z parku" (jak w myślach ją nazywam) nie omija pogoda ducha. Uśmiech na twarzy i ten błysk w oku wiele naprawdę mówi o harcie ducha. Wyściskana na do widzenia wracałam do domu niemało wzruszona tym spotkaniem i  kolejny raz  musiałam sobie powtórzyć: " na szczęście są jeszcze  na tym świecie dobrzy ludzie".

15:03, taniatoja
Link Komentarze (8) »
sobota, 06 lutego 2016

No i zaczęłam urlop.

Niestety zapowiada się na to, że nigdzie nie wyjadę, za to będę miała w domu pełno papierkowej roboty. Takich ferii bez chociaż weekendowego wypadu na narty nie pamiętam i w związku z powyższym zima dla mnie mogłaby się w tym momencie skończyć. Co w zamian mam w planie? Ano czeka mnie min. napisanie autorskiego programu, udział w dwudniowym kursie kwalifikacyjnym i nagranie współpracy z pewną palcówką, którą muszę w tym celu osobiście odwiedzić. Nie ma lekko- w końcu trzeba kiedyś skończyć ten awans zawodowy. 

Mimo wszystko cieszę się, że będę mogła odpocząć od szkolnego hałasu i w spokoju zrobić, co mam do zrobienia. Poprzedni tydzień był bogaty w różnorakie wydarzenia, więc teraz przyda mi się takie wyciszenie.

Jako, że w czasie ferii nie mamy w szkółce zajęć dydaktycznych trzeba było zapewnić dzieciakom inne atrakcje. Na początku był więc bal karnawałowy, wyjście do opery i olimpiada zimowa. W wyjściu na spektakl i w rozgrywkach sportowych towarzyszyła nam Młodsza ze swoją przyjaciółką:) Dziewczynom tak się spodobało, że chcą zostać teraz  u nas wolontariuszkami. Po urlopie mam porozmawiać o tym z dyrekcją. 

A teraz temat właściwy.

Wczoraj po pracy umówiłam się na pogaduszki z koleżanką w knajpce.

Nie widziałyśmy się przez rok, więc miło było posłuchać co u kogo w rodzince słychać.  Poruszyła mnie zwłaszcza opowieść o córce R., która rok temu razem ze studiami podjęła pracę w pewnej znanej u nas firmie. Praca dość prosta- fizyczna, dziewczyna bystra, więc dobrze sobie radziła, aż do momentu....no właśnie: kiedy przyznała się, że jest NIEPIJĄCA. Środowisko niestety uznało ten prosty fakt za wystarczający do uznania dziewczyny za odszczepieńca i wydaniu jej zimnej wojny. Najpierw były tylko docinki. Kiedy B. powiedziała, że wybiera się na imprezę i nieopatrznie przyznała się ( sprowokowana podejrzeniami , że pewnie "balanga będzie suto nakrapiana"), że balować jak najbardziej będzie, ale bez alkoholu. Usłyszała wówczas:" a to pewnie o 22.00 idziesz już lulu".  Gdy B. na to odpowiedziała, że zazwyczaj świetnie sie bawią do 5.00 rano, szacownemu gronu tak dalece się to nie spodobało, że postanowiło za wszelką cenę dziewczynie pokazać, ze w takim razie w pracy na pewno już tak dobrze nie będzie się bawiła. No i się zaczęło. Najpierw były docinki, potem izolacja, dalej podbieranie narzędzi, tak że nie mogła wykonać pracy. Skończyło się na tym, że ta naprawdę pewna siebie i b. obrotna dziewczyna pękła i płacząc opowiadała rodzicom  w domu z jakimi szykanami spotyka się w pracy. 

Rodzice mądrze poradzili jej, by natychmiast się stamtąd zwolniła, bo szkoda zdrowia i stresu na przebywanie w takim środowisku.

Powiem Wam, że słuchając tej opowieści nie tylko zrobiło mi się zwyczajnie żal dziewczyny, ale też poczułam mocny "wkurw". Przepraszam za słowo, ale naprawdę nie mogę pojąć, że w cywilizowanym świecie mogą młodą dziewczynę i to w pierwszej pracy spotykać takie prześladowania tylko z powodu tego, że jest niepijąca! Totalna paranoja! Gdyby przyjęła reguły gry panujące w tym otoczeniu pewnie uznana zostałaby za "swoją", a tak skoro okazała się "inna" skazano ją na banicję. Nieprawdopodobne, ale takie środowiska wciąż jeszcze istnieją i chyba jedynie co pozostaje to trzymać się od nich z daleka. 

No chyba, że chcesz się narazić na "deptanie" i "łamanie kręgosłupa", ale nie wszyscy są tak silni, by sobie z czymś takim poradzić.

Porażające i niewymownie smutne.

10:15, taniatoja
Link Komentarze (8) »
piątek, 29 stycznia 2016

Historia jakich słyszałam przynajmniej kilka.

Ostatnio spotkałam osobę, która mi jedną z nich onegdaj opowiadała. Wspomnienia odżyły, emocje także i stąd ten wpis.

Nie będzie on jednak dotyczył relacji dorosłych, ale przede wszystkim zagubionego w nich dziecka, bo takie mam obserwacje i doświadczenia szkolne. 

Tych jednak, którzy podejrzewają, że będę potępiała w czambuł instytucję rozwodu traktując ją jako ostateczne zło w życiu dziecka niestety rozczaruję. 

Ale do rzeczy. 

Obydwoje rodzice to bardzo kulturalni i przesympatyczni ludzie. Pomimo, że coś w ich związku pękło starają się jak mogą wynagrodzić dziecku sytuację rozstania i naprawdę z wielką troską i zaangażowanie na zmianę się nim opiekują. Nawet nie informują wychowawcy, że nie tworzą już pełnej rodziny, tego domyślam się na początku z informacji wypowiadanych "między zdaniami" przez samo dziecko. Nie wypytuję jednak, nie dociekam. Podejrzewam, że tak rodzice się dogadali, iż nie będą o rozwodzie informować szkoły.

Z rozmowy z ojcem wyczytuję jednak, że ma żal, a nawet niechęć do żony. To samo spostrzegam obserwując tą parę podczas rodzinnej uroczystości szkolnej, w której uczestniczą oczywiście niby razem, a jednak osobo.

Tyle o rodzicach. Teraz powiem Wam co się dzieje z dzieckiem.

Otóż najoględniej mówiąc sytuacja nie wygląda różowo Dziewczynka nie radzi sobie z emocjami, brakuje jej pewności siebie, byle porażka doprowadza ją do łez albo do złości. Rodzice są w szoku kiedy informuję ich, że zdarza się jej wypowiadać niecenzuralne słowa. Podobno w domu nie. Poza tym mała wyraźnie jest spragniona ciepła, przytula się ciągle zwłaszcza do jednego chłopca, albo też do swojej pani. 

Rodzice też nie skąpią jej, z tego co widzę ciepła, choć martwi zwłaszcza tatę częste "rozklejanie się" córci. Podczas konsultacji umawiamy się, że budujemy poczucie własnej wartości dziecka nie szczędząc mu za drobne nawet osiągnięcia pochwał. 

A teraz obserwacje- uwagi odnośnie dziewczynki oczyma psychologa. Mała zdaje sobie sprawę, że jest dla rodziców b. ważna, że bardzo się o nią troszczą i ...dlatego b. nie chcąc swoich rodziców zawieść gra w domu rolę "grzecznej córci". Tak naprawdę czuje się b. nieszczęśliwa. Rozdarta pomiędzy tym co "powinna", a tym co "naprawdę" czuje. I gdyby sześcioletnie dziecko mogło tak samo z siebie dokonać autoanalizy pewnie przyznałoby iż czuje ból z powodu tego, że rodzice się są już razem i nie tworzą kochającej się rodziny. To jest rana na duszy dziecka, która może się nawet już do końca nie zabliźnić. Tak naprawdę dziewczynka straciła bowiem poczucie bezpieczeństwa związane z pewnym porządkiem rzeczywistości- ładem, za którym teraz może tylko tęsknić. Pewnie czuje się zagubiona i totalnie bezradna, bo sama nie miała żadnego wpływu na to, co się zadziało. 

Sytuacja jest jednak nieodwracalna. Wyrok sądowy zapadł i nie ma już odwrotu. 

O tym wszystkim pogadamy sobie jednak z rodzicami szczerze dopiero po fakcie.

Mama próbuje sobie na nowo poukładać życie.  Pojawia się jakiś wujek, z którym dziewczyny coraz częściej spędzają czas. I w sumie myślę za każdym razem rozmawiając z tą panią,  trudno się temu dziwić, bo kobieta jest nie dość, że b. inteligentna to jeszcze przeurocza. Pomyślało mi się nawet kiedyś, że o związek z taką osoba naprawdę warto powalczyć. Oczywiście nie wiem wszystkiego i to jest tylko moja b. pewnie powierzchowna ocena.

Jestem jednak przekonana, ze to dobrze że rzeczywistość rodzinna wokół dziecka się zmienia, choć samo rozstanie rodziców przyniosło tyle bólu. Tkwienie w sercu związku, którego nie da się już skleić, gdzie rodzice często na oczach dziecka się szarpią, okazując sobie tylko wrogość, może wyrządzić dziecku o wiele większą krzywdę, a nawet wypaczyć trwale jego osobowość, tak że może samo w przyszłości nie być wstanie stworzyć szczęśliwego związku.

Niezwykle ważne jest jednak, żeby nowy relacja nie powstawała niejako "w opozycji" do starej. I tu trzeba naprawdę ogromnej mądrości rodziców i ich dojrzałego podejścia do tematu.

W szczerej rozmowie z tatą i z mama uzgadniamy, że nigdy nie mówią o sobie źle, a wręcz przeciwnie tworzą dla dziecka najlepszy z możliwych przekazów" co prawda nam z mamą nie wyszło, ale nie jestem jej wrogiem i nie życzę jej źle. " Takie podejście, zwłaszcza gdy rana jest świeża na pewno nie jest łatwe, ale znam małżeństwo, które wiele lat po rozwodzie w ten sposób poukładało sobie sprawy, więc nie jest to nie niemożliwe.

Dziecko potrzebuje nawet usłyszeć, że mama wcale nie nienawidzi taty i mieć pewność, że mogą się od czasu do czasu  wszyscy nawet spotkać i zwyczajnie pogadać w sympatycznym klimacie. Dla zabliźnienia ran taka spokojna przyjazna atmosfera wokół dziecka jest niesamowicie ważna. I to dlatego dziewczynka zapytana kiedy ostatnio poczuła się szczęśliwa bez wahania odpowiada, że wtedy gdy ostatnio była na wyjeździe  z mamą i wujkiem. Czy to oznacza, że pomału zaczyna zapominać czy kochać swojego tatusia? Absolutnie nie! Widocznie po prostu nowa relacja daje jej poczucie bezpieczeństwa i zwykłą radość. 

Wystarczy.

Na koniec powiem, że wciąż mocno trzymam za obojga rodziców kciuki. Wiem,  że naprawdę zależy im na dziecku i mam szczerą nadzieję, że nasza Calineczka wyjdzie z tego historii jak najmniej poobijana, a rodzice będą w stanie na nowo poukładać sobie życie.

Niestety czasami  życie może bardzo zaboleć....ale może po to, żeby potem lepiej smakowało szczęście.

23:34, taniatoja
Link Komentarze (8) »
środa, 27 stycznia 2016

Rozmowa dziś z basenowej przebieralni. W rolach głównych moje sześcioletnie dziewczynki. 

"Ale ten Duda jest głupi!" "Złamał prawo Europejskie!". "Moi rodzice go nie cierpią.... a Pani go lubi?" 

Nie darzę specjalną naszego prezydenta sympatią, ale to co innego niż szacunek do osoby. Odpowiadam dyplomatycznie, iż jest mi obojętny. Zdenerwowana jednak padającymi nadal wyzwiskami pytam: "a Ty jako sześcioletnia dziewczynka uważasz, że można tak mówić o najważniejszej osobie w państwie??"

Zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę rozmawiam z maluchami, które wiernie pewnie powtarzają to, co słyszą od rodziców i w tym co  mówią pobrzmiewają rodzinne emocje, ale... to mnie właśnie przeraża.

Jak w tym kraju ma być dobrze- jak mamy jako ludzie o różnych poglądach się szanować, skoro od małego przekazujemy naszym dzieciom taki jad?! Niedawno na manifestacji KOD-u widziałam niesiony przez dziecko transparent wyrażający nienawiść do Kaczyńskiego. Straszne! Po co dzieci mieszać w politykę i wszczepiać im własne niechęci i uprzedzenia??

Ja to dobrze znam z autopsji, bo w takim właśnie klimacie nienawiści do "Kaczorów' wyrosłam. Od mocnej jednak wymiany zdań po 10.04 2010 na tematy polityczne z rodziną nie rozmawiam. Ostatnio jednak sprowokowana przez dziadka, powiedziałam co myślę i z miejsca usłyszałam niemiły epitet. I to jest właśnie ten poziom i ta mentalność. Wszelkie próby rozsądnej argumentacji napotykają na mur uprzedzeń.

Powiem Wam szczerze, ze nigdy w domach niesalonowych, nie słyszałam tyle pogardy i nienawiści jak z ust zwolenników starego układu. To jest po prostu coś niewyobrażalnego! 

I ja nie mówię tu wcale o politykach, tylko o zwykłych domach i rodzinach. 

Nie wiem co dalej z naszym krajem będzie. Wypada mieć tylko nadzieję, ze się wzajemnie nie pozagryzamy i nie zaszczujemy. 

Rzeczywistość jednak zdaje sie nie pozostawiać wielu złudzeń. Walka trwa w najlepsze i niestety, ale może być jeszcze gorzej. 


20:55, taniatoja
Link Komentarze (12) »
sobota, 23 stycznia 2016

Ostatni tydzień w pracy dał mi mocno popalić. Nie dość, że codzienne wstawanie o 5.15 to jeszcze kilka mocno stresujących sytuacji. Niestety kolejny tydzień zapowiada się dokładnie taki sam. Nawet na weekend mam papierkową robotę.

Powiem Wam, że ostatnio, jak nigdy czytać nie miałam już  siły, bo chociaż wracam z pracy dość wcześnie, to po ogarnięciu domu i wszystkich rodzinnych spraw, kiedy jeszcze trzeba usiąść i stworzyć kolejny dokument, gdy wreszcie człowiek weźmie do ręki książkę to głowa mu leci i tyle. Dobrze, że zbliżają się ferie i można będzie wziąć te 5 dni urlopu. 

 Teraz jednak o tych stresujących momentach. 

Nienauczyciel pewnie tego nie zrozumie bez wyjaśnienia, ale wtajemniczeni będą dobrze wiedzieć co tak naprawdę dla pracownika szkoły oznacza słowo "Kuratorium". Dziś stety/niestety jest to organ, do którego bezpośrednio może odwołać się każdy rodzic np. ze skargą na nauczyciela i to zupełnie wcześniej nie konsultując sprawy z bezpośrednio zainteresowanym.

 Ponieważ takie praktyki niestety są coraz częstsze w mojej starej pracy wspólnie z całym gronem pedagogicznym podjęliśmy pewne dla uporządkowania tej kwestii działania. Otóż na początku roku (pierwsze zebranie) prezentowaliśmy podpisane przez dyrekcję w porozumieniu z panią psycholog pismo, które proponowało pewną preferowaną w naszej szkole drogę komunikacji. Otóż w sytuacji konfliktowej rodzic proszony był o to, by najpierw rozmawiać z zainteresowanym nauczycielem, a potem w razie braku porozumienia z dyrekcją i na końcu, w przypadku braku konsensusu z Kuratorium, czyli władzą zwierzchnią palcówki.

Niestety były i tak przypadki, że rodzić pomijał kolejne "piętra" i od razu interweniował na najwyższym szczeblu. Znany był np. przypadek tatusia, który gdy dziecko dajmy na to nie ćwiczyło na wu-fie z powodu nieodpowiedniego stroju łapał w pierwszym jakby odruchu za komórę i dzwonił gdzie?? Oczywiście na skargę do Kuratorium! I nie ma co się śmiać, bo takie interwencje wcale nie muszą się dla nauczyciela i szkoły dobrze skończyć. Wiadomo, że gdy skarga złożona jest pisemnie Kuratorzy mają obowiązek w skarżonej placówce złożyć wizytację, co stawia oczywiście mocno wszystkich do pionu. I podejrzewam, że takie sytuacje wcale nie są dziś rzadkie. Sama byłam raz świadkiem takiego "nalotu" i stresu jaki we wszystkich on wywołał. 

Najgorsze jest jednak w tym wszystkim to, że często przy wyjaśnianiu tego typu sprawy rozmawia się ze wszystkimi z wyjątkiem samego zainteresowanego. Pyta się więc innych pracowników szkoły, dzieci, potem powstaje tzw. notatka a ty nawet nie masz okazji wyrazić swojego zdania. Tak, tak na machina potrafi działać.

Ostatnio po raz pierwszy w mojej karierze jeden z rodziców poskarżył się na mnie do dyrektora. Byłam w niemałym szoku, bo doprawdy nie sądziłam, że w tak błahej sprawie, ta właśnie osoba bez słowa konsultacji ze mną uda się do dyrekcji. Powiem szczerze: poczułam się dotknięta, a nawet  oburzona. Jako matce np. do głowy by nie przyszło, żeby bez rozmowy z wychowawcą biec na skargę do przełożonego. Moja reakcja była natychmiastowa i konkretna. Wystosowałam oficjalne pismo do dyrekcji i tegoż rodzica, w którym rzeczowo ustosunkowałam się do skargi. Złożyłam je następnego dnia w sekretariacie. Okazało się jednak, że nie zostanie ono przekazane rodzicowi z uwagi na to..... że ten może być niezadowolony i zgłosić sprawę do Kuratorium!

Czyli rodzicowi można wyrazić swoje zdanie, ale nauczycielowi już taki przywilej nie przysługuje. 

Powiem Wam, że widzę wyraźnie iż naprawdę coraz mniej nadaję się do takich układów. Ciężko pracuję, staram się być na co dzień do dyspozycji dzieci i rodziców, ale do cholery jasnej, wymagam też szacunku dla swojej osoby! 

Nie wiem doprawdy kto niedługo zostanie i będzie uczyć w szkole, jeśli taki układ, iż rodzic może wszystko, a nauczyciel nic, nadal się nie zmieni.

Chyba nie ja jedna widzę zresztą ten  problem. Pytanie tylko: co z tym fantem zrobić? I  konia z rzędem temu , kto widzi tu jakieś sensowne rozwiązanie.


10:35, taniatoja
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 18 stycznia 2016

...bo na pewno nie organizatorów Pochodu Duchów i tego co się działo potem na Rynku. 

Z komentarzy do tej imprezy pojawiających się na różnych portalach widzę zresztą wyraźnie, że nie ja jedna mam takie zdanie.

No niestety, nie będzie to więc radosne sprawozdanie na jakie tu niektórzy liczyli. 

Nie będę się  rozpisywać (nie ma czego po prostu reklamować), ale skrobnę parę słów: dlaczego tak, to co się zadziało odbieram.

Chodzi mi np. o to, że nikt z organizatorów nie zadbał o prostą sprawę, która przy tego typu imprezach jest jednak kluczowa, by stworzyć z idących ludzi jedną zwartą- komunikującą się ze sobą grupę. Zabrakło mianowicie nagłośnienia, także wszyscy szli tak naprawdę osobno, nie wiedząc co się dzieje "z tyłu", czy "z przodu". Czyżby dla organizatorów nieosiągalną sprawą był mikrofon i kilka/kilkanaście tub?!!

Powiem szczerze, że pod tym względem organizacja chociażby Orszaku bije tą wczorajszą na głowę! Do tego tam idzie o wiele więcej ludzi niż tu w czterech korowodach razem. Wszyscy się dzieki nagłośnieniu doskonale słyszą, razem śpiewają, skandują podawane przez organizatorów hasła i słuchają z tematem związanych ciekawych rozmów. Tak tworzy się fajna atmosfera i poczucie jakiejś wspólnoty.

Można?? A owszem, jak widać,można!

To dlaczego, może ktoś mi powie, tak reklamowana, mająca międzynarodową rangę impreza nie potrafiła o tak oczywiste rzeczy zadbać?

A co było dalej?

Dochodząc wcześniej od rozwleczonej strasznie grupy do Rynku, (wtedy kiedy miała się zacząć cała uroczystość) z zadowoleniem usłyszałam, że coś wreszcie słychać: ktoś informuje zgromadzonych ludzi co się tu tak naprawdę dzieje. Do tego relacja szła "na żywo" w dwóch językach. Super!- pomyślałam- wreszcie się czegoś ciekawego dowiem. Niestety punkt 18.10 usłyszeliśmy "See your later", a następnie zapadła cisza i zmarznięci plątaliśmy się po Rynku jeszcze przez ok godzinę(!) nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić. A przecież można było w tym przedłużającym się oczekiwaniu na pojawienie się 4 Duchów tyloma rzeczami ludzi zająć. Np.opowiedzieć historię miasta, puścić rozmowę z ciekawymi ludźmi, pokazać coś na scenie, itp itd. Czy nikt nie przewidział naprawdę wariantu B na wypadek opóźnienia?! Moim zdaniem to, co się stało to całkowita kompromitacja dla organizacji tak znaczącej imprezy.

Oczywiście, tak jak to było do przewidzenia dzień PO media odtrąbiły wielki sukces. Szkoda tylko, że wielu uczestników jak ja,  nie podziela jakoś tego zachwytu. 

Oczywiście mam nadzieję, że atrakcje, które są  przewidziane po rozpoczęciu, będą o niebo ciekawsze od swojego nieszczęśliwego początki i przyćmią nieco niesmak, jaki mam po dniu wczorajszym. 

 

Chyba w każdym razie przedawkowałam z tym "ukulturalnianiem";))

Na razie więc przerzucam się na kibicowanie naszym chłopakom "z ręcznej".

Tu są dopiero emocje!:)



22:19, taniatoja
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67