RSS
sobota, 16 stycznia 2016

No i mamy we Wrocku inaugurację Europejskiej Stolicy Kultury! 

Ok. 100 wydarzeń kulturalnych na sam weekend otwarcia:)

Tak więc raniutko zrobiłam zakupy, nastawiłam obiad i przełożyłam na wcześniejszą porę wizytę dziadka- wszystko po to, by potem mieć wolną głowę i móc uczestniczyć w przynajmniej kilku wydarzeniach. Na pewno chciałabym więc zobaczyć widowisko "Płonąca Wyspa", potem planuję odwiedzić Muzeum Narodowe("Muzeum Marzeń) i Architektury, gdzie dziś jest wernisaż b. ciekawej wystawy"Made in Europe", no i może uda mi się zobaczyć "Videomaping"- plenerowe widowisko multimedialne na budynku Forum Narodowego. Wszelkie zmiany programu są jednak jeszcze możliwe;)

Jutro natomiast nastąpi jak gdyby moment kulminacyjny otwarcia ESK, a mianowicie odbędzie się wyreżyserowany przez kuratora całego przedsięwzięcia Chrisa Baldwina spektakl "Przebudzenie". Tak więc paradować ulicami Wrocławia zmierzając w stronę Rynku będą cztery Duchy wyruszające z różnych dzielnic :  Duch Innowacji, Duch Powodzi, Duch wielu Wyznań i Duch Odbudowy-każdy opowiadający jak gdyby inną część historii naszego miasta. Bardzo jestem ciekawa tego wydarzenia.

Oj, będzie się działo!

Wreszcie człek się trochę ukulturalni, bo ostatnio tylko praca dom, praca  dom, a jedyna rozrywka to książka i internet. Na więcej niestety ani czasu nie było, ani już siły.

Może już PO wrzucę tu z relacją parę fotek, choć jak widzę nie tylko ja mam tu ostatnio z edycją zdjęć problemy. 

Tak więc do usłyszenia i dobrego weekendu!

13:36, taniatoja
Link Komentarze (11) »
sobota, 09 stycznia 2016

Dziś już nawet nie chce mi się wychodzić. Niestety, będę kolejny raz musiała. Na razie siedzę sobie jednak w domowym zaciszu wygrzewając się jak kot na zapiecku. Słoneczko jest dziś naprawdę przepiękne!. Otulam się przysłanym od siostry boliwijskim szalem z lamy i popijam przepyszną herbatkę ze słodkiej śliwki z figą, imbirem i goździkami. Niestety korzennej nalewki przywiezionej od babci na święta już ni ma:(

Czytam sobie "Fridę" i "Wśród Swoich" Amosa Oza na zmianę i powiem szczerze: dobrze mi!:)

Choć tak naprawdę głowę zaprzątają mi też przyziemnie troski, jak tu np. dorwać jakieś zlecenie.

Zostawmy prozę życia jednak za burtą;)

Wczoraj udało mi się  odbyć bardzo ciekawą rozmowę z panią dyrektor ze Szkoły Montessori. Zawsze mnie ta metoda intrygowała, więc zaprosiłam się na pokazową lekcję. Potem wpadłam jeszcze do taty na kawkę i wróciłam wieczorem na 

na domowe Spa:). Dziś też pewnie wykapię się w rozgrzewającym i aromatycznym płynie, potem masażerem się wymasuję, wybalsamuję i wskoczę pod ciepły, przytulny kocyk:)

Teraz jeszcze do załatwienia jednak mam kilka spraw.

Moja młodsza córuś natomiast podgrywa  sobie właśnie niezwykle ekspresyjny i radosny utworek, który niezmiennie wprawia mnie w dobry nastrój.

Posłuchajcie zresztą sami, oczywiście w o wiele bardziej profesjonalnym wydaniu:)


 

i jak Wam się John podoba?;)

15:05, taniatoja
Link Komentarze (11) »
środa, 06 stycznia 2016

Chyba wszędzie już o tym pisałam, ale cóż, przyznam się jeszcze raz: ku swojemu własnemu zaskoczeniu stwierdzam, że b. dobrze mi robią te ostatnie mroźne dni. Kiedy jest tak jak ostatnio: mrozik, słońce i śnieg, to aż podziwiając ten bielą skrzący się krajobraz chce mi się żyć. Jakby nowa energia wstąpiła we mnie! Ciepło się ubieram i nogi po skrzypiącym śniegu same mnie niosą:)

Ale wieczorami, gady już zrobi się ciemno i siedząc  w domu poczuję  zimno to już zupełnie co innego...nawet nie myślę o wychodzeniu gdziekolwiek. Tylko wskoczyć  z książeczką pod kocyk i jakoś przetrwać. 

W nocy natomiast śpię jak zabita, krótko bo krótko, ale po pięciu godzinach wstaję rześka i wypoczęta. 

Moja Starsza natomiast właśnie złapała jakieś choróbsko, a może to zresztą tylko zwykłe przeziębienie. Czuje się fatalnie, co zresztą widać i słychać. Dobrze, że mamy dzień wolny to się dziecię wygrzeje, bo już się oczywiście martwi, że teraz nie może sobie pozwolić na chorowanie. Praca i wykłady od rana do wieczora to jak tu sobie pozwolić na leniuchowanie? 

 Młodsza też ma co robić, chociaż najchętniej każdą wolną chwilę spędzałaby przed komórką albo laptopem. Ostatnio jednak zaraziła się od przyjaciółki czytaniem fantasy i  właśnie pochłania kolejne tomisko . Może to będzie jakaś odtrutka dla pożerającego czas  internetowego potwora?

Sama idąc za jej przykładem (a raczej poradą spotkanej w bibliotece koleżanki) postanowiłam zasmakować w tym gatunku i właśnie zakończyłam czytać drugą część naprawdę dobrej sagi Agnieszki Grzelak zatytułowanej "Córka Szklarki". Pierwsza była zresztą równie dobra więc spodziewam się, ze dwie następne też takie będą. Uważam , ze to dla młodzieży i nie tylko b. ciekawa propozycja. Mądra (wszak autor to psycholog)), sprawnie i z pomysłem napisana, potrafi naprawdę wciągnąć. 

No a dzisiaj mamy dzień wolny, tylko tak się zastanawiam po co tak naprawdę  i na co. Można oczywiście iść w Orszaku Trzech Króli ( co dla rodzin zwłaszcza z małymi dziećmi jest super propozycją), można pospotykać się ze znajomymi (co ja właśnie mam w planie). Można, a jakże. Tylko tak sobie w pracy  rozmawialiśmy, że jak już to wszyscy wolelibyśmy mieć wolne chociażby w Wigilię, bo wtedy wiadomo, myśli się tylko i tak o tym coby jak najszybciej móc się urwać z pracy i przygotować tę uroczystość. 

Szkoda, że o tym nikt nie pomyślał. Ale widocznie Trzej Królowie to takie ważne figury, że na ich cześć należy nam się wolne;) W radiu dziś usłyszałam, że to również święto misji i powiem szczerze, że to o wiele bardziej do mnie przemawia, jako, że do misji i misjonarzy mam szczególny sentyment.

To co, ja już jestem po kawusi i biorę się za newsletter. A z Was ktoś wyrusza na Orszak?

09:32, taniatoja
Link Komentarze (10) »
sobota, 02 stycznia 2016

No i Nowy Rok przywitał nas bielą:)

Wreszcie mamy prawdziwie zimową aurę. Nie dość, że mrozik to jeszcze słoneczko! Nic tylko zabierać się w górki:) Z tym jednak niestety trzeba poczekać najprawdopodobniej do ferii.

Już sobie jednak wyobrażam te urocze górskie pejzaże i serce mi się do nich wyrywa. Co ja bym dała by już dziś znaleźć się na stoku! Tymczasem trzeba będzie poćwiczyć cierpliwość.

Martwi mnie w tej aurze tylko jedno: konieczność zmiany środka lokomocji na bardziej wygodny i przede wszystkim teraz bardziej bezpieczny . Szkoda, bo choć do pracy rowerkiem mam raptem 15 min, zawsze to trochę ruchu.

 

                                                                           ***

Wczoraj w wielu kościołach, jak to zazwyczaj w pierwszy dzień Nowego Roku modlono się o pokój. Z tej okazji padły też z ust papieża Franciszka b. ważne słowa, iż w tym niespokojnym świecie, "pokój każdy powinien zacząć budować od swojego serca". Święta prawda! 

Od razu przypomniała mi się przepiękna książka, którą przeczytałam jednym tchem, a której jedno z przesłań tak właśnie mogłoby brzmieć. 

"Migdałowe Drzewo" jest pierwszą powieścią amerykańskiej pisarki- M. Cohen Corosanti i w mojej ocenie to bardzo udany debiut. Książka opowiada o losach palestyńskiej rodziny uwikłanej w konflikt arabsko- żydowski warunkujący już od tylu lat codzienność na Bliskim Wschodzie. 

Nas- mieszkańców Europy o tym, co tam się dzieje informowały media opisujące tamtejsze realia trochę na wzór tych amerykańskich, a wiadomo po jakiej ze stron to mocarstwo się opowiadało. Polityczna poprawność wiadomo-musi być.     Autorka "Migdałowego Drzewa" natomiast zadała sobie trud spojrzenia na to co się tam działo z perspektywy przede wszystkim zwykłych Palestyńczyków, którzy w momencie powstania na swoich terenach Państwa Izraelskiego, potracili nie tylko swoją ziemię, ale i często jedyne źródło utrzymania, a nade wszystko poczucie bezpieczeństwa. Można powiedzieć, że ich spokojne dotąd życie upływające wśród tych uroczych krajobrazów bogatych w oliwkowe i pomarańczowe gaje nagle po prostu legło w gruzach. Ich domostwa zostały nieraz zepchnięte na mniej urodzajne ziemie albo  wręcz wyburzone, a oni sami wypędzeni. 

Oczywiście ta sytuacja miała swoje polityczne racje, bo wiemy jak bardzo Żydzi, zwłaszcza dotknięci w czasie II Wojny Światowej holocaustem marzyli by w końcu być u siebie i osiąść w Ziemi Obiecanej- swoim własnym upragnionym kraju. Problem był tylko jeden- to nie była ziemia niczyja. Tę ziemię od lat zamieszkiwały przecież arabskie rodziny, które jak każda społeczność miały swoją tożsamość, kulturę i poczucie przynależności.

Jak to jednak często w polityce bywa "racja" wydaje się sprzyjać bogatszym i bardziej wpływowym.

Nie będę się jednak skupiać dłużej na politycznym tej powieści wątku. To co dla mnie najpiękniejszego udało się autorce pokazać, to ludzi (po obu stronach zresztą "barykady"), którym pomimo zbrojnego konfliktu, udało się zachować w swym sercu pokój- szczególny rodzaj  akceptacji nawet wobec potencjalnego wroga. 

Taką postawę reprezentował w powieści Baba- patryjarcha rodu, który takie właśnie ideały przekazał pierworodnemu Ahmedowi. Niestety, jak to bywa w rodzinie, nie wszyscy są z tej samej gliny ulepieni. Młodszy syn- Abbas zostaje w końcu terrorystą mając wyraźnie po swojej stronie matkę, a dwie młodsze siostry giną jeszcze wcześniej w trakcie działań wojennych. Ojciec natomiast po kilkunastu latach więzienia i ciężkich tortur, przewidzianych dla tych oskarżonych o terroryzm, wychodzi niezłamany na duchu. Mimo, że będąc niewinnym  doświadczył tyle cierpień z rąk nieprzyjaciela nadal nie pozwala sobie na postrzeganie Izraelczyków właśnie w taki sposób. Kiedy po latach  Ahmed  od lat już mieszkający w Stanach  zwierza mu się z pragnienia poślubienia Żydówki, on nie tylko nie ma nic naprzeciw, ale wręcz cieszy się z otwartości syna i błogosławi temu związkowi.

Nora-wówczas narzeczona Ahmeda, jest zresztą podobnie jak on, osobą niezależną w myśleniu i od lat zaangażowaną w różne działania przeciwko uprzedzeniom ze względu na rasę, czy narodowość. Także w konflikcie bliskowschodnim opowiada się za rozwiązaniem pokojowym. Niestety już jako młoda mężatka przypłaca to życiem broniąc domu rodziny męża przed izraelskim rozkazem nakazującym zrównanie z ziemią domostwa, którego choć jeden członek wydaje sie mieć powiązania z terroryzmem. Logika wojny raz jeszcze pokazała swoją nieludzką twarz hołdując zasadzie zbiorowej odpowiedzialności. Ile to ma wspólnego ze zwykłą sprawiedliwością (realną możliwością wpłynięcia chociażby na poglądy dorosłej, niezależnej osoby)- wiadomo. 

Jest jeszcze jeden szczególnie mnie interesujący  wątek tej powieści. Mianowicie: wpieranie zdolności wyraźnie utalentowanego dziecka, nawet wbrew niezwykle trudnej materialnie sytuacji rodziny.

 Warto zacytować w tym właśnie miejscu mądre słowa Baby, które pomogły synowi podjąć ważną decyzję." Sukces w życiu nie polega na braku porażek, ale na tym w jaki sposób sobie z nimi radzimy".

I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. 

Godna podziwu była jednak też siła woli samego Ahmeda, który podejmuje przy wsparciu ojca decyzję o pójściu za głosem  powołania i decyduje się opuścić a będących w dramatycznej sytuacji najbliższych, by zdobyć lepsze wykształcenie i w efekcie lepsze życie.

Dalekowzroczność Baby okaże się tu prorocza, bo tak jak myślał, dzięki tej decyzji w niedalekiej już przyszłości chłopak będzie w stanie pomóc niemal wszystkim członkom rodziny.

 

Dla mnie książka ta to przepiękna opowieść o trudnej drodze wiodącej do realizacji marzeniach, ale też  o ryzyku jakie pociągają odważne decyzje, z którymi niestety czasami trzeba się zmierzyć.  

Samo życie, czyż nie?

17:40, taniatoja
Link Komentarze (7) »
niedziela, 27 grudnia 2015

Trochę impresjonistycznie wyszło to zdjęcie, ale córcia robiła smartfonem, więc niestety jakość kiepska. Myślę jednak, że świąteczny klimat  choć trochę zauważalny;)

Święta w każdym razie już za nami. Zleciały jak zawsze szybko i w dość miłej atmosferze. 

Tani o mało nie udało się w Wigilię przejść samą siebie, bo w tym roku po raz drugi chyba w życiu postanowiła wybrać się na Pasterkę (towarzysząc Młodszej i jej koleżance). Niestety, chyba to przeżycie do końca  nie jest jej pisane, bo w trakcie złapała ją taka niedyspozycja żołądkowa, że spędziwszy jakiś czas na schodach przed kościołem zdecydowała się zrobić w tył zwrot i ledwo dowlekła się do domu. 

Na szczęście następnego dnia wstała jak "młody bóg" i mogła jechać na dalsze świętowanie do rodzinki:) Okazało się zresztą, że "nie ma tego złego ...."bo poza Wrockiem  z kolei Starsza, która w k-le nie była chyba od półtora roku, postanowiła towarzyszyć tam babci i mamie:)  

Dziś jeszcze wizyta na cmentarzu, potem u taty, na obiad podgrzewane resztki z Wigilii i znów popołudniowy "święty spokój":) 

Jutro natomiast brutalny powrót do rzeczywistości.Pobudka o 5.15 i do roboty! (o czym zresztą dążyły mi już przypomnieć  dwa służbowe telefony).                                                     

No cóż, nie ma lekko. Każde Święta się kiedyś kończą.  

Wy też jutro wracacie do rzeczywistości?

Powiedzcie, że tak. Będzie mi raźniej;))

 

 

 

 

17:46, taniatoja
Link Komentarze (15) »
wtorek, 22 grudnia 2015

Już atmosfera robi się coraz bardziej świąteczna, ale chciałabym jeszcze przed życzeniami podzielić się z Wami ostatnio przeczytaną lekturą.

Będzie to zresztą kolejna powieść mojego ulubieńca- E.E. Schmitta:)


"Ulisses z Bagdadu" to powieść o losach młodego Irakijczyka, który podobnie jak ten mitologiczny bohater podejmuje swoją"wędrówkę życia". 

Saad Saad, (którego imię można tłumaczyć albo jako nadzieja albo jako smutek) opowiada najpierw o swoim dzieciństwie i młodości w Bagdadzie, a potem o tułaczym losie uchodźcy starającego się za wszelką ceną przedostać do Europy.  Bardzo, można by rzec, współczesny wątek tej powieści.

Jedenastoletni chłopak, wiodący wcześniej (choć pod znienawidzoną tyranią Saddama Husajna)  szczęśliwe rodzinne życie, w tym właśnie wieku doświadcza tej tragedii, którą dla wszystkich Irakijczyków przyniosło embargo nałożone na kraj przez Stany Zjednoczone. Straszna bieda, jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, dotyka bowiem nie tyrana i sprzymierzonym z nim rządzących, ale bogu ducha winną ludność cywilną.

Po kilku latach mozolnej walki o byt, Saad i jego rodzina przyjmują interwencję wojsk amerykańskich jako szansę na jakąkolwiek zmianę- nadzieję na poprawę ich losu. 

Okazuje się jednak, że po zakończeniu walk i zwycięstwie obcej armii w kraju panuje jeszcze większy chaos niż wcześniej. Wybucha wojna domowa między od zawsze nienawidzącymi się Sunnitami i Szyitami. Codzienność znów jest nieprzewidywalna i przynosi jak podczas okupacji śmierć niewinnych- ofiar rodzimych terrorystów. Ginie wielu ludzi, także w rodzinie Saad Saada (min. ojciec i ukochana kuzynka)

W końcu zdesperowany chłopak przerywa prawnicze studia i za namową matki, nie widząc w kraju szans na prowadzenie normalnego życia, postanawia spróbować szczęścia poza jego granicami. Udaje się więc w bardzo długą i niebezpieczną podróż, na szczęście zakończoną dotarciem do celu. 

E. E. Schmitt kreśli przed nami nie tylko dramatyczną (choć i momentami zabawną) historię, ale i b.ciekawe postacie bohaterów. Nie mogę się powstrzymać by nie zacytować tutaj dość obszernych fragmentów opisujących  barwne postacie: Ojca i Lajlii. 

Swojego więc ojca nasz bohater przedstawia tak:

"Mój ojciec podgrzewał atmosferę sposobem mówienia. Bibliotekarz, wytrawny czytelnik, erudyta i marzyciel. Z książek zapożyczał manię szlachetnego wyrażania się. Niczym arabscy uczeni zakochani w poezji, wolał mówić językiem wysokim, takim w którym noc nazywa się "płaszczem mroku otulającym kosmos", chleb "chrupiącym mariażem mąki z wodą".

........Te kwieciste, przesadne subtelne peryfrazy, niestety nie były zbyt czytelne. Gdy my- jego potomni stawaliśmy przed nim z rozdziawionymi buziami, nic nie rozumiejąc, on- patriarcha- wściekły na widok takiego braku wychowania, tracił cierpliwość i  natychmiast tłumaczył swą myśl w słowach niej wyszukanych. Żyjąc na dwóch, skrajnie odległych piętrach  języka- wysokim i trywialnym- przeskakiwał z jednego na drugi i odwrotnie.

Kiedyś np. zapytał mnie:"Synu mój, boski Ulissesie, nie drżysz przed różanopalcą jutrzenką? -Słucham??

- Nie marznie ci dupa o piątej rano?!!

:)))

Zmieniłam zdanie. Teraz zamiast o Lailii- ukochanej Saada, będzie coś bardzo aktualnego.

Bo, oto co mówi jeden z powieściowych uchodźców:

"W ostatnich stuleciach Europejczycy dotarli prawie wszędzie, wszędzie rozwijali handel, prawie wszędzie nakradli, prawie wszędzie coś wydobywali i budowali, prawie wszędzie pozostawiali dzieci i zakładali kolonie. A teraz irytują się, że ktoś chce przyjechać do nich?...U nas to potrafili powiększać własne terytorium, prawda? To przecież Europejczycy zaczęli przesuwać granice.Teraz kolej na nas,muszą się do tego przyzwyczaić, bo wszyscy do nich przyjedziemy- Afrykańczycy, Arabowie, Latynosi, Azjaci."

 

Patrzę na datę wydania książki. 2010 rok! A czyta się jak wypowiedź niemalże z "ostatnich chwili"

Jeszcze wiele w tym temacie można by tu zacytować, ale... przeczytajcie wszystko  sami:)

Niby refleksje są oczywiste, ale w kontekście niedawnych wydarzeń, dają na nowo do myślenia.

00:47, taniatoja
Link Komentarze (10) »
piątek, 18 grudnia 2015

 

Dziś po dwóch tygodniach prób w końcu miał miejsce występ. Przed licznie zebraną publicznością wystawialiśmy szkolne Jasełka:) 

Dzieciaki, jak to zazwyczaj bywa, w końcu spięły się i pokazały na co naprawdę je stać, co biorąc pod uwagę jak dramatycznie jeszcze niedawno wyglądały próby, zakrawa na cud nad cudy. 

Oczywiście nie obyło się bez drobnych incydentów.

Mniej więcej w środku przedstawienia, nasz Józef  wstał wyraźnie zniecierpliwiony i szeptem próbował mi coś oznajmić. Pokazałam mu jednak na migi żeby cichutko zajął z powrotem swoje miejsce. Za chwilę jednak już nie wytrzymał i ponownie się zerwał, tym razem oznajmiając o co mu chodzi tak dyskretnym szeptem, że usłyszawszy z trzeciego rzędu mama, iż syn chce "siku" pędem zabrała go w to ustronne miejsce. Na szczęście zdążył jeszcze wrócić, by wypowiedzieć swoją kwestię:)

Następny zabłysnął jeden z pasterzy. Złożył w darze Dzieciątku koszyk z jabłuszkami, a potem gdy miał złożyć kolejny dar coś mu się pomerdało i zaczął mówić ten sam tekst co wcześniej. Połapał się dopiero, gdy uklęknął i zszokowany spostrzegł , że jabłuszka, o których mówi już przed Jezuskiem zostały złożone:)

"Bożesztymój", widzisz i nie grzmisz;)

Miało się prawo jednak chłopcu pomieszać, bo jako że młodzian z niego bystry, miał do wygłoszenia aż kilka kwestii.

Na szczęście już jesteśmy PO i można z ulgą wreszcie odetchnąć.

Jutro pewnie dam sobie kompletnie na luz, bo kiedy schodzą emocje, organizm się tego domaga. Ten luz oznacza oczywiście względne "wolne" od obowiązków, no a poza tym zafundowanie sobie jakichś przyjemności. Co to będzie jeszcze nie wiem, bo do tej pory nie miałam głowy do planowania sobie weekendu.

Tak więc zmęczona, acz zadowolona mówię wszystkim teraz  DOBRANOC :)

22:51, taniatoja
Link Komentarze (8) »
niedziela, 13 grudnia 2015

Wczoraj moich dziewczyn właściwie nie było w domu, bo obie jako wolontariuszki udzielały się na uczelnianych imprezach. 

Młodsza pomagała wychowawczyni na Uniwerku przy organizacji Konkursu "Ojczyzna Polszczyzna", a starsza na Wydziale Biologii była w ekipie organizującej Konferencję Kryminologiczną:)

Obie wróciły b. zadowolone, choć każda na swój sposób. Gimnazjalistce oczywiście buzia od progu się nie zamykała, a ze starszej trzeba było trochę informacji wydobyć. 

Obie dostały sponsorowany obiadek i poczęstunek, więc niepotrzebnie mamcia z obiadkiem czekała:)

Studentka zwieńczyła dzień jeszcze swoim zwyczajem wieczorno/nocną imprezą z ekipą wolontariacką.

Z jej opowieści dotyczących samej konferencji jedna rzecz zwróciła moją szczególną uwagę. Ponoć jeden  z wykładów wygłosiła osoba (ok. 40 letnia kobieta), która była tak stremowana,  że podczas wygłaszonego przez 15.min. trzęsącym się głosem odczytu wszyscy zastanawiali się, czy zaraz nie zemdleje. Wrażenie- wiadomo jakie. Smutno mi się zrobiło słuchając tej opowieści, bo sama wiem co to trema. Przez lata jednak praktyki (różnych wystąpień publicznych) nauczyłam się nad nią b. dobrze panować (co nie oznacza, że przed wystąpieniem  nie czuję jakiegoś spięcia).

Są jednak różne techniki radzenia sobie ze stresem w takich okolicznościach, więc myślę, że podejmując się takich wystąpień, jeśli wiadomo, że ma się tu  problem trzeba by coś,moim zdaniem z tym fantem zrobić. Po to chociażby żeby samemu nie mieć po takim występie "kaca", a innym nie zafundować niemiłych wspomnień. 

Współczuję niemniej jednak tej pani, bo potrafię sobie wyobrazić jakie emocje musiały w niej buzować przed, w trakcie i po też. Ja nie wiem czy po takim wydarzeniu miałabym odwagę jeszcze kiedykolwiek zabierać głos podczas konferencji. 

Smutne.

                                                          ***

Właśnie wyszedł od nas chrzestny, którego zaprosiłam na niedzielny obiad. Bardzo lubię nasze spotkania, podczas których zazwyczaj rozmawiamy o "wszystkim" nadrabiając niejako czas od ostatniego razu. Dziś z racji 13 grudnia siłą rzeczy rozmowa zeszła na ten też temat. Powspominaliśmy sobie jak to w tamtych czasach się żyło, jak to praktycznie w okresie stanu wojennego np. nic nie można było w sklepach kupić. Nasze dziewczyny, choć już raczyłam je takimi opowieściami patrzyły nie dowierzając, więc po raz kolejny stwierdziłam, że widocznie wyobraźnia ich aż tak daleko nie sięga. Dokładnie jak w tym dowcipie kiedy ojciec opowiada synkowi, iż za jego młodości to w sklepach był tylko ocet i cebula. A na to synek zadziwiony pyta :  "w całym Carrefourze naprawdę nie było nic więcej??"

Na końcu wujek udzielił  starszej korepetycji z fizyki (aż miło było posłuchać jak rozmawiają w tej swoistej gwarze;), "rozkminiając" zadanka, z którymi dziecię nie mogło sobie poradzić. Chrzestny termodynamikę ma w małym paluszku, bo akurat prowadzi z tego działu ćwiczenia na uczelni.  

Ja natomiast czas odwiedzin spędziłam nie tylko przyjemnie, ale i pożytecznie, bo romawiając wydziergałam taką oto cekinkową bombkę:

 

Może trochę niedoróbka, ale następna będzie już lepsza:)

No to kończę; jeszcze wieczorna lektura, a jutro pobudka o 5.15.

18:49, taniatoja
Link Komentarze (8) »
piątek, 11 grudnia 2015

 

 Szokujące zestawienie osób- wiem. Obie jednak te postacie: Jezus i Hitler są bohaterami niesamowitych powieści E. E. Schmitta.

 


"Ewangelia według. Piłata" i "Przypadki Adolfa H.", bo o nich tu mowa, to dwie książki, których głębia i mądrość niesamowicie mnie poruszyły. Dawno naprawdę nie czytałam czegoś tak PRAWDZIWEGO.

Sam autor o powstaniu swoich książek pisze tak: "Decyzja została podjęta: po Jezusie Hitler. Cień idzie za światłem. Po tym jak próbowałem się zbliżyć do pokusy miłości, musiałem się przybliżyć do pokusy zła. Ponieważ to w człowieczeństwie, a nie poza nim zdarzyli się Jezus i Hitler, mój humanizm ocaleje jedynie za cenę tego poszukiwania".

Przy pierwszej  z wymienionych postaci chodziło autorowi nie tylko o ożywienie- lepsze poznanie samego Jezusa, ale też o przybliżenie się do postaci Piłata. "Dla moich współczesnych Jezus jest znanym nieznajomym. Jego słowa brzmią jak zużyty, bezmyślnie powtarzany refren, czyny zastygły na obrazach tak znanych, że nikt już ich nie zauważa", pisze Schmit. 

Prawda? Jak najbardziej.

Poza tym autor rozprawia się tu z jeszcze innym problemem. Zastanawiając się nad świadomością Jezusa o swoim bóstwie, (które przez wieki nurtowało umysły teologów), ukazuje je jako zachodzący w nim proces. Jeszua doświadcza  go bowiem, (nie będąc sam do końca przekonanym o tym, że jest wybranym mesjaszem),  w czasie- w ciągu ok. trzydziestu lat swojego życia. Właściwie to zakłada się sam ze sobą, że jednak nim jest, o czym przekonują go wszyscy wokół, a także znaki towarzyszące jego nauczaniu. 

Niesamowita postać, którą jak widać można poznawać i zgłębiać przez całe życie. 

 

                                                      ***

Przejdźmy teraz do "Przypadków Adolfa H." 

Niesamowity jak dla mnie jest sam pomysł autora na dwutorowe jakby ukazanie osoby Hitlera.  Z jednaj bowiem strony śledzimy znane nam wszystkim losy historycznej postaci, a  z drugiej obserwujemy fikcyjną postać Adolfa H. czyli człowieka którego Schmit próbuje niejako stworzyć na nowo, jako tą lepszą wersję.  

Tak więc Adolf H. próbuje sam siebie zrozumieć, podczas, gdy prawdziwy Hitler nie ma samoświadomości. Adolf H. rozpoznaje w sobie istnienie problemów (chociazby tych wynikających z trudnego dzieciństwa), podczas gdy Hitler je zagrzebuje. Adolf H. zdrowieje w końcu i otwiera się na innych, podczas gdy Hitler pogrąża się w swojej nerwicy, odcinając się od wszelkich ludzkich kontaktów. Adolf H. zderza się z rzeczywistością, podczas gdy Hitler ją neguje, gdy tylko stawia ona opór jego pragnieniom. Adolf H. uczy się pokory, podczas gdy H. staje się Furerem, chodzącym po ziemi bogiem.

Czytając tę książkę aż nachodzi człowieka refleksja:

jaka szkoda, że Hitler nie stał się Adolfem H., że pozwolił sobie na wyhodowanie w sobie potwora. I jak szkoda, że inni w porę nie zauważyli problemu i pozwolili tak chorej głowie na kreowanie tak strasznej historii.

Dużo by jeszcze pisać na temat tej postaci, którą dopiero dzięki tej książce tak naprawdę poznałam, komu by się chciało jednak, dla jakiej frajdy, zgłębiać  życiorys popaprańca.

 

Na zakończenie  jednak jeszcze jeden cytat, który może mocno wzburzyć i jednocześnie poruszyć. Autor pozwolił sobie bowiem na następującą konkluzję:

"Hitler jest prawdą głęboko schowaną w nas samych, prawdą, która zawsze może się wynurzyć."

Przerażające, ale czyż nie prawdziwe? 

Może jednak, mimo głębokiej niechęci, warto przyglądać się takim postaciom. Mimo wszystko próbować je jakoś zrozumieć (co nie oznacza usprawiedliwiania), po to chociażby, by już nigdy więcej ktoś taki nie zaistniał i nie decydował o losach świata. 


22:34, taniatoja
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 grudnia 2015

Tak cudnie wyglądał właśnie zachód słońca wczoraj z mojego okna:)

I wszystko by było pięknie gdyby nie ta pora- 16.10! Trochę za wcześnie jak dla mnie na ciemności, choć sam widok aż dech zapiera!

                                                            ***

Dzisiejszy temat wpisu przyszedł mi do głowy kiedy wczoraj usłyszałam, że właśnie, po raz pierwszy w historii, dwaj polscy zakonnicy zostali jako męczennicy beatyfikowani przez wysłannika papieża.

Historia niezwykła chociażby dlatego, że miała miejsce stosunkowo niedawno bo w 1991 roku. Jak na tempo tego typu postępowań rzecz dzieje się więc b. szybko. Żyją przecież jeszcze rodziny zamordowanych, a także znajomi, chociażby franciszkanie, którzy ich pamiętają z Polski.

Bracia zakonni: Zbigniew Strzałkowski i Michał Tomaszek zostali zamordowani jako misjonarze na swojej placówce w Peru. Zastrzelili ich od jakiegoś czasu depczący im po piętach członkowie komunistycznej bojówki Świetlisty Szlak, którzy jakiś czas przed porwaniem wysyłali braciom ostrzeżenia, żeby się stamtąd jak najszybciej zabierali. Dla obu zakonników było jednak oczywiste, że nie mogą zostawić na misji tych, którzy im zaufali, czyli ludzi dla których powstała ta właśnie placówka.

Patrzę na opublikowane gdzieś w necie fotografie braci i widzę dwie uśmiechnięte buzie młodych, przystojnych chłopaków. Czy kiedy wyjeżdżali na misję zdawali sobie sprawę  z tego co ich spotka? Może jednak jakimś szóstym zmysłem wiedzieli, bo ponoć obaj (co wbrew pozorom nie często się zdarza) w ankiecie zgłoszeniowej zawarli stwierdzenie, że dla Boga i wiary gotowi są oddać życie. Ciekawe.

Powiem Wam, że zdecydowałam się poruszyć ten temat, bo..b. lubię misjonarzy:) Jest to bowiem zupełnie inny gatunek księży, znacząco różniący się np. od tych zamkniętych w kancelariach czy urzędach- żyjących swoim życiem, tak naprawdę mało mającym wspólnego z życiem zwykłego człowieka. Misjonarz to ten natomiast, który nie tylko zaczyna swoją przygodę z misją od prozaicznych, acz niezbędnych prac: wykopania studni, zorganizowania przychodni, szkoły, nauki więc dla dzieci i miejsc pracy dla ich rodziców. Często zakasując rękawy pracyją fizycznie z tubylcami przez kilkanaści godzin, żyjąc do tego w takich, czyli b. trudnych jak i oni warunkach.

Tak też było w  wypadku o. Strzałkowskiego i o. Tomaszka, którzy poświęcili się na misji  zwłaszcza dzieciom i młodzieży, budując dla nich szkołę, ale także instalację wodną dla wioski i kanalizację. To są bowiem- wiadomo, podstawowe rzeczy i od takich konkretów trzeba zacząć kiedy się potem chce ludziom mówić o miłosiernym Bogu.

Mamy prywatnie znajomego salezjanina, kory od kilku dobrych  lat prowadzi placówkę w Czadzie i z jego chociażby opowieści wiem jak b. wymagająca, ale i jak dużo dająca satysfakcji jest to praca. Nie sposó też będąc 24 g. na dobę w śród ludzi nie nawiązać z nimi przyjaźni, ale też nie przeżywać samemu ich smutków i kłopotów.

Tak też pewnie wyglądała codzienność na misji beatyfikowanych zaledwie wczoraj franciszkanów.

Chyba ze dwie niedziele temu w odczytanym na mszy liście dotykającym tego wydarzenia b. poruszyło mnie cytowane świadectwo hiszpańskiej zakonnicy, którą razem z Polakami terroryści uprowadzili z misji, darując jej potem jednak życie. Opowiadała ona, że jadąc z misjonarzami zamkniętymi w busie na miejsce kaźni była świadkiem ich zachowania. Bracia ponoć byli b. smutni i poważni, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka. Rozmawiali po polsku, więc nie rozumiała szczegółów, ale zauważyła min. jak spowiadając się udzielają sobie wzajemnie przebaczenia i błogosławią sobie i jak się domyśliła, także ludziom z misji.

Niesamowita musiała to być chwila i aż trudno sobie wyobrazić, co tak naprawdę czuli Ci młodzi chłopcy, którzy dla swoich marzeń porzucili w kraju rodziny i min. rozpoczęte studia. Zwykli wydawałoby się młodzi chłopcy, którzy jednak postanowili żyć w tak niezwykły sposób poświęcając się dla najbiedniejszych, dla tych (co jest normą w tzw. krajach Trzeciego Świata), o których nikt  oprócz właśnie misjonarzy się tam nie troszczy.

Spoglądam jeszcze raz na twarze tych chłopaków i wiele ciepłych uczuć się we mnie rodzi. Mam nadzieję, że ludzie dla których żyli tam daleko w Peru będą jeszcze ich długo nosić w swoich sercach, a ich męczeńska śmierć przyniesie dla wszystkich dużo dobra. O to być może prosili w ostatniej chwili.

 

 

 

 

16:55, taniatoja
Link Komentarze (9) »